Recenzje

„Księga grzechu” – kiedy manuskrypt staje się bronią, a historia zaczyna oddychać ogniem

„Księga grzechu” to również świetnie poprowadzony motyw pogoni. Ale nie tej fizycznej, klasycznej, znanej z filmów akcji. Tu pogoń jest bardziej intelektualna, duchowa, symboliczna. Każda strona przybliża bohatera do prawdy, ale jednocześnie oddala go od bezpieczeństwa. I to napięcie autor utrzymuje do samego końca. Nie będzie przesadą powiedzieć, że to książka, która rozgrzewa emocje do czerwoności. Jest w niej coś niepokojącego, coś magnetycznego, co sprawia, że trudno się od niej oderwać.

„Księga grzechu” to druga odsłona przygód Nikity Wajdy i jednocześnie kolejny dowód na to, że Przemysław Kowalewski nie zamierza pisać bezpiecznych historii „do poduszki”. Tu nie ma miękkiego lądowania. Tu jest start od razu w głąb tajemnicy, która pachnie kurzem starego kościoła, wilgocią kamiennych murów i czymś jeszcze – zakazanym sekretem, który od wieków ktoś bardzo skutecznie próbuje wymazać z kart historii. I trzeba to powiedzieć wprost: to nie jest książka, którą się „czyta”. To książka, która wciąga czytelnika za kołnierz i mówi: idziesz ze mną, czy tego chcesz, czy nie.

Emocje nabierają na sile w momencie, gdy w wieży starego kościoła pod Szczecinem odnajdujemy manuskrypt. Nie byle jaki, bo ukryty w kapsule czasu i zapisany po łacinie. Trafia do rąk Nikity Wajdy – archeologa, który nie ma w zwyczaju odwracać się plecami od rzeczy, które „lepiej zostawić w spokoju”. A ten dokument okazuje się czymś znacznie większym niż naukową ciekawostką. To fragment „Księgi grzechu” – apokryfu, który Kościół od półtora wieku próbuje wymazać z istnienia. I tu zaczyna się zabawa, która z każdą stroną przestaje być zabawą, a zaczyna przypominać grę o najwyższą stawkę.

Przemysław Kowalewski ma dar, którego nie da się nauczyć – potrafi zamienić historię w żywy organizm. Tu nie ma suchych faktów, tu są emocje, które pracują na pełnych obrotach. Gdy pojawia się oferta miliona euro za odnalezienie pozostałych rozdziałów księgi, akcja nie tyle rusza, co eksploduje. Bo nagle okazuje się, że nie tylko naukowcy interesują się znaleziskiem. W grze pojawia się Watykan, a także tajemniczy Kolekcjoner – postać, której obecność jest jak cień przesuwający się po ścianie: niewidoczny, ale wyczuwalny aż do bólu.

I właśnie w tym momencie „Księga grzechu” zaczyna oddychać pełną piersią jako thriller, który nie bierze jeńców. Nikita Wajda przestaje być tylko badaczem. Staje się celem. A każda kolejna decyzja, każdy krok, każda próba zrozumienia tekstu z manuskryptu, przybliża go do świata, w którym wiedza nie jest wartością – jest zagrożeniem.

To, co szczególnie imponuje, to sposób, w jaki autor buduje napięcie. Nie ma tu przypadkowych scen. Nie ma zapychaczy. Każdy fragment ma swoje miejsce i swoje konsekwencje. Czytelnik nie dostaje wszystkiego na tacy – i bardzo dobrze. Bo ta historia nie prosi o bierne czytanie, ona wymaga udziału. Wymaga myślenia, łączenia faktów, czasem nawet cofnięcia się o kilka stron, żeby sprawdzić, czy coś nie umknęło.

I właśnie w tym miejscu pojawia się największa siła tej książki: kreatywność. Nie chodzi tylko o sam pomysł – zakazany apokryf, Watykan, wyścig o tajemnicę – ale o sposób, w jaki wszystko zostało połączone. To nie jest prosty thriller o „znalezisku, które zmienia wszystko”. To gęsta sieć zależności, gdzie historia, religia i ludzkie ambicje splatają się w coś, co bardziej przypomina intelektualny labirynt niż klasyczną fabułę.

A jednak ten labirynt nie jest męczący. On wciąga. I co ważne – nie gubi czytelnika. Siódme spotkanie z twórczością autora nie pozostawia złudzeń: mamy do czynienia z pisarzem, który wie, co robi. Każda kolejna książka nie jest powieleniem schematu, ale jego rozwinięciem. W „Księdze grzechu” widać dojrzałość warsztatową, ale też odwagę w sięganiu po tematy ryzykowne.

Nie sposób nie docenić również postaci Nikity Wajdy. To bohater, który nie jest papierowy. Nie jest też superbohaterem w płaszczu odporności na wszystko. On się boi, waha, podejmuje błędne decyzje. I dzięki temu jest wiarygodny. A wiarygodność w takim gatunku to waluta, która decyduje o tym, czy czytelnik zostaje na dłużej, czy odkłada książkę po pierwszym rozdziale.

„Księga grzechu” to również świetnie poprowadzony motyw pogoni. Ale nie tej fizycznej, klasycznej, znanej z filmów akcji. Tu pogoń jest bardziej intelektualna, duchowa, symboliczna. Każda strona przybliża bohatera do prawdy, ale jednocześnie oddala go od bezpieczeństwa. I to napięcie autor utrzymuje do samego końca. Nie będzie przesadą powiedzieć, że to książka, która rozgrzewa emocje do czerwoności. Jest w niej coś niepokojącego, coś magnetycznego, co sprawia, że trudno się od niej oderwać. A kiedy już się kończy, zostawia w czytelniku ten specyficzny niedosyt – nie „chcę więcej stron”, ale „chcę wiedzieć więcej o tym świecie”. Dlatego z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć: to nie tylko kolejna dobra książka w dorobku autora. To strzał w dziesiątkę. I dokładnie taki tytuł, który powinien trafić do czyt-NIKowej biblioteczki jako pozycja obowiązkowa. Bo „Księga grzechu” nie tylko opowiada historię. Ona ją uruchamia. I za to należą się brawa – szczere, głośne i bez żadnych literackich zastrzeżeń. W mojej ocenie to kolejny tytuł, który z dumą nosi miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki.

Książka pt. „Księga grzechu” ukazała się nakładem Wydawnictwa Filia, Filia Mroczna Strona

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…