Recenzje

„Mrokowisko” – historia, która nie wychodzi z głowy

To, co zostaje po przeczytaniu „Mrokowiska”, to nie tylko fabuła. To uczucie. To lekki niepokój, który pojawia się gdzieś później, kiedy jest już cicho. To myśli, które wracają do tej historii. I właśnie dlatego uważam, że jest to powieść godna uwagi. Taka, która nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Ona trwa dalej – w czytelniku.

Są książki, które kończysz i odkładasz na półkę. I są takie, które odkładają się w Tobie – zostają gdzieś pod skórą, wracają niespodziewanie, rozgaszczają się w myślach na dłużej. „Mrokowisko” Julii Halladin zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki – i od razu trafienie w punkt, który sprawia, że czytelnicze serce bije szybciej. Bo kiedy trafiasz na historię tak przemyślaną, tak klimatyczną i tak dobrze opowiedzianą, po prostu wiesz, że to nie będzie jednorazowa przygoda.

Już sam punkt wyjścia brzmi jak zaproszenie do czegoś mrocznego i niepokojącego. Czerwony Dom, stojący od piętnastu lat pusty. Miejsce, które powinno pozostać nietknięte, zapomniane, zamknięte gdzieś w przeszłości. A jednak pojawia się Maja – agentka nieruchomości – wraz z córką Gabrielą i próbuje przywrócić temu miejscu „normalność”. Tylko że tutaj normalność nie istnieje. I właśnie to jest pierwsze, co uderza w tej książce – sposób, w jaki autorka buduje atmosferę. Od pierwszych stron czuć, że coś jest nie tak. Że ten dom oddycha przeszłością. Że ściany widziały więcej, niż powinny.

Nie ma tu nachalnych prób przestraszenia czytelnika na siłę. Jest za to coś znacznie bardziej niepokojącego – powolne wchodzenie w historię, która zaczyna się rozkładać przed nami jak stare, zapomniane zdjęcia. Każdy szczegół ma znaczenie. Każdy dźwięk, każdy cień, każdy niedopowiedziany fragment przeszłości.

Julia Halladin świetnie operuje napięciem – nie krzyczy, nie epatuje, tylko szepcze. A ten szept potrafi być głośniejszy niż najgłośniejszy krzyk.

Największą siłą tej książki jest dla mnie kreatywność autorki. Bo „Mrokowisko” to nie jest kolejna historia o nawiedzonym domu. To coś znacznie więcej. To opowieść o pamięci, o tym, co zostaje, nawet gdy ludzie znikają. To historia, którą odkrywa się krok po kroku, jakby się schodziło coraz głębiej pod powierzchnię – i z każdą kolejną warstwą robi się coraz bardziej duszno. I właśnie to sprawia, że czytanie tej książki jest literacką podróżą. Taką prawdziwą – gdzie nie chodzi tylko o fabułę, ale o emocje, o klimat, o doświadczenie.

Gabriela jako bohaterka to kolejny mocny punkt. Jej ciekawość, jej determinacja, jej potrzeba zrozumienia tego, co wydarzyło się przed laty – to wszystko sprawia, że czytelnik naturalnie podąża za nią. A im dalej idzie, tym bardziej zaczynamy się zastanawiać, czy to na pewno dobry kierunek. Bo w „Mrokowisku” nic nie jest jednoznaczne. Każde odkrycie rodzi kolejne pytania. Każda odpowiedź okazuje się tylko fragmentem większej układanki. Nie sposób też nie docenić stylu autorki. Jest lekki, ale jednocześnie pełen obrazowości. Czyta się płynnie, ale jednocześnie czuje się ciężar tej historii.

To nie jest książka, którą „połyka się” bez refleksji. To taka, która każe się zatrzymać. Pomyśleć. Wrócić do jakiegoś fragmentu jeszcze raz. Styl, narracja oraz sposób budowania historii zdecydowanie zasługują na uznanie – i to nie jest pusty komplement, tylko coś, co czuć w trakcie lektury.

Bardzo podoba mi się też to, jak autorka operuje przestrzenią. Czerwony Dom nie jest tylko tłem wydarzeń – on jest jednym z bohaterów tej historii. Żyje, pamięta, reaguje. Jest świadkiem i jednocześnie uczestnikiem tego, co się dzieje. I właśnie dzięki temu klimat książki jest tak gęsty, tak namacalny. Masz wrażenie, że sam chodzisz po tych korytarzach, że słyszysz te kroki, że widzisz te cienie gdzieś kątem oka.

To, co zostaje po przeczytaniu „Mrokowiska”, to nie tylko fabuła. To uczucie. To lekki niepokój, który pojawia się gdzieś później, kiedy jest już cicho. To myśli, które wracają do tej historii. I właśnie dlatego uważam, że jest to powieść godna uwagi. Taka, która nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Ona trwa dalej – w czytelniku.

Nie mam wątpliwości, że książka zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. To jedna z tych pozycji, które nie tylko dobrze się czyta, ale które realnie coś wnoszą do czytelniczego doświadczenia. Taka, która spokojnie może zająć ważne miejsce w czyt-NIKowej biblioteczce – nie jako chwilowa ciekawostka, ale jako historia, do której się wraca, choćby myślami.

Julia Halladin zdobyła moje czytelnicze serce już przy pierwszym spotkaniu. Zaimponowała mi swoją kreatywnością pisarską, pomysłem na historię i sposobem jej prowadzenia. Zachwyciła mnie kunsztem tworzenia niepowtarzalnych opowieści – takich, które mają w sobie coś więcej niż tylko fabułę. I to „coś więcej” jest tutaj kluczowe.

Dlatego nie zamierzam na tym poprzestać. Zachwycony historią zapisaną na kartach „Mrokowiska”, czym prędzej sięgam po debiutancką książkę autorki pt. „Rykowisko”. Bo jeśli to, co przeczytałem tutaj, jest tylko częścią jej możliwości – to ja chcę więcej. Zdecydowanie więcej.
Podsumowując – jeśli szukasz książki z klimatem, z pomysłem, z historią, która zostaje w głowie na długo – „Mrokowisko” jest dokładnie tym, czego potrzebujesz. Tylko pamiętaj… nie wchodź do Czerwonego Domu bez przygotowania. Bo niektóre drzwi, kiedy już się otworzą, nie chcą się zamknąć.

Książka pt. „Mrokowisko” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…