Recenzje

„Spalona za czary” – historia, która zostawia ślad jak ogień pod skórą

To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Patrycji Pelicy – i mam szczerą nadzieję, że nie ostatnie. Bo jeśli każda jej historia ma w sobie tyle emocji, autentyczności i literackiej siły, to ja chcę więcej. „Spalona za czary. Historia Triny Papisten” to książka, która przypomina, jak cienka jest granica między dobrem a złem, wiedzą a strachem, prawdą a oskarżeniem. I jak łatwo ją przekroczyć. A kiedy już się ją przekroczy… nie ma odwrotu.

Nie każda książka daje się czytać „lekko, łatwo i przyjemnie”. Są takie, które od pierwszych stron łapią za gardło i nie puszczają aż do ostatniego zdania. „Spalona za czary. Historia Triny Papisten” Patrycji Pelicy należy właśnie do tego rodzaju opowieści – takich, które czyta się z rosnącym niepokojem, złością, czasem bezsilnością… ale przede wszystkim z ogromnym zaangażowaniem.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki – i powiem wprost: zdobyła moje czytelnicze serce. I to nie jakimś jednym, efektownym zwrotem akcji, ale czymś znacznie trudniejszym do osiągnięcia – konsekwentnym budowaniem świata, emocji i bohaterów, którzy wydają się boleśnie prawdziwi. Patrycja Pelica zaimponowała mi kreatywnością pisarską i umiejętnością stworzenia historii, która nie tylko wciąga, ale zostaje w człowieku na długo po zamknięciu książki. Bo to nie jest zwykła opowieść o „czarownicy”. To historia o strachu. O ignorancji. O tym, jak łatwo człowiek może zamienić się w tłum, a tłum w narzędzie zniszczenia.

Akcja osadzona w XVII-wiecznym Słupsku od pierwszych stron wciąga czytelnika w mroczny klimat epoki, gdzie wiedza była podejrzana, a inność – niebezpieczna. Trina Papisten, czyli Katarzyna Zimmermann, to bohaterka, której nie sposób nie kibicować. Zielarka, kobieta dobra, pomocna, żyjąca w zgodzie z naturą i ludźmi. Taka, którą chciałoby się mieć obok siebie – jako sąsiadkę, przyjaciółkę, wsparcie w trudnych chwilach. I właśnie dlatego to, co ją spotyka, boli podwójnie.

Autorka nie idzie na skróty. Nie wrzuca czytelnika od razu w wir oskarżeń i dramatów. Zamiast tego daje nam czas, by poznać Trinę, zrozumieć jej codzienność, zobaczyć jej relacje – szczególnie tę z Emmą oraz jej mężem Andreasem. Dzięki temu, gdy nad bohaterką zaczynają zbierać się czarne chmury, czujemy to niemal fizycznie. Jakby ktoś powoli zaciskał pętlę, z której nie ma ucieczki.

I tu właśnie wychodzi na jaw największa siła tej powieści – sposób budowania napięcia. To nie jest historia oparta na nagłych zwrotach akcji. To raczej powolne, nieubłagane staczanie się w otchłań. Każde spojrzenie, każde słowo, każda plotka mają znaczenie. Autorka świetnie pokazuje mechanizm narastającej nienawiści – jak z niewinnych szeptów rodzi się oskarżenie, a z oskarżenia – wyrok. To przerażające, bo… bardzo wiarygodne.

Czytając tę książkę, trudno nie zadawać sobie pytania: ile takich historii wydarzyło się naprawdę? Ile kobiet – mądrych, niezależnych, znających się na ziołach, pomagających innym – zostało zniszczonych tylko dlatego, że ktoś potrzebował winnego?

Patrycja Pelica nie moralizuje. Nie krzyczy. Ona po prostu pokazuje. I to wystarczy. Bo to, co pokazuje, uderza mocniej niż jakiekolwiek patetyczne przemowy. Na ogromne uznanie zasługuje styl autorki. Jest prosty, ale nie banalny. Obrazowy, ale nieprzesadzony. Narracja płynie naturalnie, a jednocześnie potrafi zatrzymać czytelnika na dłużej przy jednym zdaniu. To taki rodzaj pisania, który nie potrzebuje fajerwerków, żeby robić wrażenie – wystarczy szczerość i wyczucie. A tego tutaj nie brakuje.

Kunszt tworzenia niepowtarzalnych historii widać w każdym rozdziale. To nie jest tylko rekonstrukcja wydarzeń czy historyczna opowieść o polowaniach na czarownice. To pełnoprawna literacka podróż – taka, która prowadzi czytelnika przez emocje, lęki i nadzieje bohaterów, zostawiając trwały ślad w psychice.

I właśnie za to cenię tę książkę najbardziej. Bo są historie, które kończą się wraz z ostatnią stroną. I są takie, które zaczynają się dopiero wtedy – w głowie czytelnika. „Spalona za czary. Historia Triny Papisten” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

Nie sposób też nie wspomnieć o tym, jak autorka buduje relacje międzyludzkie. Miłość Triny i Andreasa jest przedstawiona w sposób subtelny, ale bardzo autentyczny. Bez zbędnego patosu, za to z wyczuwalnym ciepłem i troską. To daje tej historii dodatkową głębię – bo nie mamy tu tylko dramatu jednostki, ale też dramat ludzi, którzy ją kochają.

Relacja z Emmą z kolei wnosi do książki nutę nadziei. Pokazuje, że nawet w świecie pełnym strachu i uprzedzeń może pojawić się coś czystego i prawdziwego. I może właśnie dlatego finał tej historii uderza jeszcze mocniej.

Nie będę zdradzał szczegółów – ale powiem jedno: ta książka zostawia ślad. Taki, którego nie da się łatwo zignorować. Dla mnie to powieść zdecydowanie godna uwagi. Taka, którą nie tylko warto przeczytać, ale którą warto przeżyć. Dlatego bez wahania przyznaję jej miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. To jedna z tych pozycji, które nie tylko wzbogacają czyt-NIKową biblioteczkę, ale też zostają w niej na długo jako coś więcej niż kolejny tytuł na półce.

To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Patrycji Pelicy – i mam szczerą nadzieję, że nie ostatnie. Bo jeśli każda jej historia ma w sobie tyle emocji, autentyczności i literackiej siły, to ja chcę więcej. „Spalona za czary. Historia Triny Papisten” to książka, która przypomina, jak cienka jest granica między dobrem a złem, wiedzą a strachem, prawdą a oskarżeniem. I jak łatwo ją przekroczyć. A kiedy już się ją przekroczy… nie ma odwrotu.

Książka pt. „Spalona za czary. Historia Triny Papisten” ukazała się nakładem Wydawnictwa Replika

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…