„Kantyczka dla Leibowitza” – historia, która pali jak popiół po końcu świata
Jeśli chodzi o klimat – jest surowo, momentami wręcz ascetycznie. Ale to idealnie pasuje do historii. Pustynia, klasztor, cisza przerywana tylko odgłosami codziennych rytuałów. A gdzieś w tle – świadomość, że świat już raz się skończył. I że może skończyć się znowu. „Kantyczka dla Leibowitza” to lektura dla tych, którzy szukają czegoś więcej. Czegoś, co zostawi ślad. Dla czytelników złaknionych mocnych, czytelniczych wrażeń – to strzał w dziesiątkę.
Pierwsze spotkanie z twórczością Waltera M. Millera Jr. mam już za sobą – i powiem wprost: to było wejście z przytupem, bez ostrzeżenia, za to z ogromnym ładunkiem emocji i refleksji. „Kantyczka dla Leibowitza” to nie jest książka, którą się tylko czyta. To książka, którą się przeżywa, momentami nawet przegryza z trudem, bo zostawia w głowie więcej niż tylko fabułę – zostawia pytania, niepokój i coś w rodzaju cichego zachwytu nad tym, jak bardzo można zaskoczyć czytelnika historią osadzoną… po końcu świata. I od razu powiem – to jedna z tych książek, które zasługują na specjalne miejsce. U mnie trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. I to nie z grzeczności. To czyste uznanie dla kreatywności autora. Bo Miller zrobił coś, co nie każdemu się udaje – wziął motyw postapokalipsy i wywrócił go na drugą stronę.
Nie dostajemy tu typowej historii o walce o przetrwanie, o mutantach czy o świecie rządzonym przez brutalne gangi. Zamiast tego trafiamy do klasztoru. Tak, dobrze czytasz – do klasztoru na pustyni, gdzie mnisi kopiują stare teksty, których… często już nie rozumieją. I to jest genialne. Świat po wojnie nuklearnej cofnął się do poziomu barbarzyństwa. Ludzie, zamiast wyciągać wnioski, zaczęli polować na tych, których uznali za winnych katastrofy – naukowców, intelektualistów, wszystkich związanych z wiedzą. Brzmi znajomo? Trochę jak historia, która mogłaby się wydarzyć naprawdę. I właśnie to sprawia, że ta książka tak bardzo elektryzuje.
W samym centrum tego chaosu stoi zakon Leibowitza – grupa ludzi, którzy uparcie próbują ocalić resztki dawnej cywilizacji. Przechowują dokumenty, przepisują je, chronią jak relikwie. Nawet jeśli nie do końca wiedzą, co właściwie kopiują. I w tym jest coś jednocześnie pięknego i tragicznego. Bo „Kantyczka dla Leibowitza” to historia o pamięci. O tym, jak łatwo ją stracić i jak trudno odbudować. Ale też o tym, że człowiek – niezależnie od epoki – zawsze balansuje gdzieś między rozwojem a samozniszczeniem.
Styl Millera? Zaskakująco przystępny, choć niebanalny. Narracja płynie spokojnie, momentami wręcz kontemplacyjnie, by za chwilę uderzyć czymś mocniejszym. Autor nie krzyczy, nie epatuje dramatem na siłę. On raczej buduje napięcie powoli, cegła po cegle, aż nagle orientujesz się, że jesteś w samym środku historii, która zaczyna Cię uwierać. I to jest ogromny plus tej książki. Nie znajdziesz tu taniej sensacji. Zamiast tego dostajesz historię, która dojrzewa razem z czytelnikiem.
Każda część powieści ma swój rytm, swój klimat i swoją perspektywę. To trochę jak trzy różne opowieści, które łączy jedno – świadomość, że historia lubi się powtarzać. Nawet jeśli bardzo chcemy wierzyć, że tym razem będzie inaczej. Kreatywność autora w konstruowaniu tej historii zasługuje na naprawdę duże uznanie. Bo stworzyć świat po apokalipsie to jedno. Ale stworzyć świat, który nie tylko istnieje, ale też zmusza do myślenia, to już zupełnie inna liga. I właśnie dlatego „Kantyczka dla Leibowitza” tak mocno działa na emocje.
Zdecydowanie to książka, która zostaje z Tobą. Wraca w myślach. Zmusza do zadania sobie kilku niewygodnych pytań. Na przykład: czy naprawdę uczymy się na błędach? Albo: co zostanie po nas, jeśli wszystko się zawali? Albo jeszcze lepiej: czy wiedza ma sens, jeśli nikt jej nie rozumie? To są pytania, które nie mają łatwych odpowiedzi. I Walter M. Miller Jr. doskonale o tym wie. Dlatego nie próbuje ich rozwiązywać. Zamiast tego daje nam przestrzeń do własnych przemyśleń. I to się ceni.
Jeśli chodzi o klimat – jest surowo, momentami wręcz ascetycznie. Ale to idealnie pasuje do historii. Pustynia, klasztor, cisza przerywana tylko odgłosami codziennych rytuałów. A gdzieś w tle – świadomość, że świat już raz się skończył. I że może skończyć się znowu. „Kantyczka dla Leibowitza” to lektura dla tych, którzy szukają czegoś więcej. Czegoś, co zostawi ślad. Dla czytelników złaknionych mocnych, czytelniczych wrażeń – to strzał w dziesiątkę.
Styl, narracja oraz sposób budowania historii zasługują na uznanie. To przemyślana, oryginalna i odważna powieść, która pokazuje, że science fiction może być czymś więcej niż tylko rozrywką. Może być lustrem. I to takim, w które nie zawsze chcemy patrzeć. Ale warto.
Książka pt. „Kantyczka dla Leibowitza” ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis