Gdy cisza w gabinecie zaczyna krzyczeć prawdą
Nicole Trope ma niesamowity talent do budowania napięcia w miejscach, które pozornie są „bezpieczne”. Gabinet terapeutyczny, rozmowa, cisza po wypowiedzianym zdaniu – wszystko to staje się sceną, na której dzieje się coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. I to jest ta kreatywność, którą w tej autorce cenię najbardziej. Ona nie krzyczy. Ona szepcze. A ten szept potrafi być bardziej przerażający niż krzyk.
Szóste spotkanie z twórczością Nicole Trope i… muszę to powiedzieć od razu: to nie jest przypadek. To nie jest „kolejna książka do kolekcji”. To jest czytelniczy rytuał, który za każdym razem działa tak samo – wciąga, miesza w głowie i zostawia mnie z tym znajomym uczuciem: „no jak ona to zrobiła?!”.
„Terapeutka” to thriller, który udaje spokojną rozmowę w gabinecie. Taki, w którym wszystko zaczyna się od zwykłych zdań, od łez w chusteczce, od historii o złym mężu i niewinnej ofierze. A potem… potem robi się bardzo niewygodnie. I bardzo prawdziwie.
Lana, główna bohaterka, jest terapeutką. Z tych, którzy wiedzą, gdzie postawić granicę. Przynajmniej w teorii. Nie wchodzi w życie pacjentów, nie miesza się emocjonalnie, nie pozwala sobie na „za dużo”. Do czasu, aż do jej gabinetu wchodzi Sandy. Zielone oczy, które „wydają się znajome”, siniaki, które mają swoje wyjaśnienie, i historia o mężu Mike’u – opowiedziana z takim drżeniem, że trudno nie uwierzyć.
I właśnie tutaj Nicole Trope robi coś, co w moim czyt-NIKowym świecie lubię najbardziej – podkłada czytelnikowi emocjonalną minę. Bo ja też dałem się wciągnąć. Też chciałem wierzyć Sandy. Też miałem w głowie: „biedna kobieta, trzeba ją chronić”. A potem… jeden detal. Jeden drobiazg. Chusteczka. Ślady makijażu, które nie powinny tam być. I nagle wszystko zaczyna się sypać jak domek z kart.
Nicole Trope bawi się zaufaniem czytelnika w sposób absolutnie bezlitosny. Tu nic nie jest pewne. Ani ofiara, ani sprawca, ani nawet osoba, która powinna być najbardziej neutralna – terapeutka. Lana zaczyna tracić grunt pod nogami w momencie, w którym znika Sandy. A wraz z jej zniknięciem znika też komfort prostych odpowiedzi. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Bo „Terapeutka” nie jest tylko historią o zaginięciu. To książka o tym, jak łatwo można manipulować narracją. Jak cienka jest granica między prawdą a tym, co ktoś chce, żebyśmy uznali za prawdę. I jak niebezpieczne jest przekonanie, że „na pewno wiem, co się dzieje”. Kiedy do gry wchodzi Mike – mąż Sandy – wszystko jeszcze bardziej się komplikuje. Twierdzi, że również szuka żony. Brzmi wiarygodnie, brzmi dramatycznie, brzmi… jak kolejny element układanki, który może być prawdą albo perfekcyjnie odegraną rolą. I właśnie w tym miejscu Nicole Trope robi coś, co uwielbiam w dobrych thrillerach: nie daje mi komfortu bycia mądrzejszym od bohaterów.
Każda strona to kolejne pytanie. Każda rozmowa – kolejny cień wątpliwości. Każdy „fakt” może być tylko dobrze opowiedzianą wersją wydarzeń. A Lana? Lana zaczyna się zmieniać. I to jest jeden z mocniejszych punktów tej książki. Bo nie mamy tu idealnej terapeutki z katalogu zawodowych etyk. Mamy człowieka. Kogoś, kto zaczyna pękać pod ciężarem tego, co widzi, słyszy i czego nie rozumie. I to pękanie jest bardziej niepokojące niż sama historia zaginięcia.
Nicole Trope ma niesamowity talent do budowania napięcia w miejscach, które pozornie są „bezpieczne”. Gabinet terapeutyczny, rozmowa, cisza po wypowiedzianym zdaniu – wszystko to staje się sceną, na której dzieje się coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. I to jest ta kreatywność, którą w tej autorce cenię najbardziej. Ona nie krzyczy. Ona szepcze. A ten szept potrafi być bardziej przerażający niż krzyk.
W „Terapeutce” nie ma też przypadkowych elementów. Każdy szczegół ma znaczenie, choć nie od razu wiadomo jakie. I to jest dokładnie ten typ narracji, który sprawia, że czytelnik zaczyna podejrzewać wszystko i wszystkich. Nawet samego siebie – bo przecież przed chwilą był pewien, że wie, kto mówi prawdę.
To, co szczególnie doceniam w tej książce, to emocjonalne rozgrzanie do czerwoności. Tu nie ma chłodnego dystansu. Tu są emocje, które narastają powoli, aż w końcu zaczynają dusić. Nie w sensie melodramatycznym – tylko w tym thrillerowym, psychologicznym napięciu, które nie pozwala odłożyć książki „na później”. I właśnie dlatego „Terapeutka” to dla mnie kolejna czytelnicza uczta. Szóste spotkanie z Nicole Trope tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że ta autorka wie, jak budować historie, które nie są tylko opowieściami – są doświadczeniem. Takim, które zostaje w głowie po zamknięciu ostatniej strony.
Z zachwytem, radością i nieukrywaną dumą mogę powiedzieć jedno: „Terapeutka” zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. I bardzo świadomie dodaję ją do czyt-NIKowej biblioteczki. Bo to nie jest tylko thriller. To jest emocjonalna pułapka, w którą wchodzi się z własnej woli… i z której nie chce się wychodzić.
Nicole Trope po raz kolejny udowadnia, że jej kreatywność nie jest dodatkiem do fabuły. Ona jest jej sercem. A „Terapeutka” to dowód na to, że polscy (i nie tylko) czytelnicy thrillerów i kryminałów mają do czego wracać z wypiekami na twarzy. Dla wymagających thrilleromaniaków i kryminałomaniaków – tytuł obowiązkowy.
Książka pt. „Terapeutka” ukazała się nakładem Wydawnictwa Filia, Filia Mroczna Strona