Recenzje

„Dobra samarytanka” – kiedy pomoc zamienia się w piekło

„Dobra samarytanka” ma w sobie duszny, niepokojący klimat. Czytając ją, ma się wrażenie, że coś złego czai się za rogiem. Nawet zwykła rozmowa telefoniczna może tutaj zmienić czyjeś życie… albo je zakończyć. To napięcie towarzyszy nam niemal przez całą powieść i sprawia, że trudno oderwać się od lektury. A finał? Bez spoilerów powiem tylko tyle: warto było czekać. Marrs potrafi zamknąć historię w sposób mocny, satysfakcjonujący i zostawiający czytelnika z przyspieszonym tętnem.

Od pierwszych stron czuć, że autor nie zamierza prowadzić czytelnika za rękę po bezpiecznych ścieżkach. Zamiast tego od razu wrzuca go w historię, która pulsuje napięciem i niepokojem. „Dobra samarytanka” Johna Marrsa to thriller psychologiczny, który zamiast stopniowo się rozkręcać, od razu łapie rytm i trzyma go do samego końca, mieszając emocje i podnosząc ciśnienie z rozdziału na rozdział.

To moje drugie spotkanie z twórczością Johna Marrsa i mogę powiedzieć jedno – autor po raz kolejny udowodnił, że doskonale wie, jak igrać z psychiką czytelnika. Jeśli po pierwszym poznaniu jego pióra miałem apetyt na więcej, to teraz dostałem prawdziwą literacką ucztę. Marrs nie serwuje prostych historii. On zaprasza do świata, w którym nic nie jest takie, jak się wydaje, a człowiek bardzo szybko zaczyna podejrzewać wszystkich… nawet samego siebie.

Punkt wyjścia tej powieści jest znakomity. Telefon zaufania – miejsce, które powinno być ostatnią deską ratunku dla ludzi stojących nad przepaścią. Numer, pod który dzwonią ci, którzy potrzebują nadziei, rozmowy, wsparcia. Brzmi bezpiecznie, prawda? Tymczasem John Marrs bierze ten pozornie szlachetny pomysł i wywraca go do góry nogami. Bo oto po drugiej stronie słuchawki siedzi Laura – kobieta, która nie chce nikogo ratować. Ona chce popychać ludzi do ostatecznego kroku. I tutaj zaczyna się jazda bez trzymanki.

Laura Morris to jedna z tych bohaterek, których nie da się zapomnieć. Nie dlatego, że budzi sympatię – wręcz przeciwnie. To postać mroczna, chłodna, pełna gniewu i wewnętrznego chaosu. A jednak fascynuje od pierwszej sceny. Marrs stworzył bohaterkę, która jednocześnie przeraża i intryguje. Chce się ją zrozumieć, choć człowiek wie, że może lepiej tego nie robić. Autor świetnie pokazuje, że największe potwory nie zawsze mają kły i pazury. Czasem mają zwyczajną twarz i spokojny głos.

Drugą ważną postacią jest Ryan – mężczyzna, którego życie rozpadło się na kawałki po samobójstwie ciężarnej żony. Sama scena śmierci, jej okoliczności i tajemniczy nieznajomy trzymający ją za rękę otwierają przed nami zagadkę, od której trudno się oderwać. Ryan zaczyna szukać odpowiedzi, a my razem z nim schodzimy coraz głębiej w ciemność.

To, co Marrs robi najlepiej, to budowanie napięcia. Nie potrzebuje pościgów, eksplozji czy hektolitrów krwi. Wystarczy mu rozmowa telefoniczna, jedno niedopowiedzenie, pozornie niewinne zdanie. Autor mistrzowsko manipuluje emocjami czytelnika. Gdy wydaje się, że już wiemy, dokąd zmierza ta historia – bach! Kolejny zwrot akcji i znów jesteśmy w punkcie wyjścia. I właśnie za tę kreatywność należą mu się ogromne brawa. Bo stworzyć thriller to jedno. Ale stworzyć thriller oparty na psychologicznej grze, w którym napięcie rośnie z każdą stroną, a czytelnik nie może przestać myśleć o bohaterach – to już sztuka. John Marrs nie idzie na skróty. Każdy rozdział ma sens, każda scena coś wnosi, a każde kolejne odkrycie tylko podsyca apetyt na finał.

Podobało mi się również to, że autor dotyka tematów trudnych i niewygodnych. Samotność. Depresja. Trauma. Poczucie winy. Potrzeba kontroli. To nie jest książka, którą czyta się bezrefleksyjnie. Owszem, daje ogrom emocji i czystą rozrywkę, ale pod spodem kryje się coś więcej – pytania o granice człowieczeństwa i o to, jak łatwo można skrzywdzić drugiego człowieka, nawet jednym słowem.

Styl Marrsa jest dynamiczny, konkretny i piekielnie skuteczny. Nie ma tu zbędnego lania wody. Są za to krótkie rozdziały, mocne sceny i narracja, która nie pozwala zwolnić tempa. To jedna z tych książek, które wręcz same przewracają strony. W

„Dobra samarytanka” ma w sobie duszny, niepokojący klimat. Czytając ją, ma się wrażenie, że coś złego czai się za rogiem. Nawet zwykła rozmowa telefoniczna może tutaj zmienić czyjeś życie… albo je zakończyć. To napięcie towarzyszy nam niemal przez całą powieść i sprawia, że trudno oderwać się od lektury. A finał? Bez spoilerów powiem tylko tyle: warto było czekać. Marrs potrafi zamknąć historię w sposób mocny, satysfakcjonujący i zostawiający czytelnika z przyspieszonym tętnem.

Drugie spotkanie z twórczością autora okazało się kolejnym czytelniczym świętem. To pisarz, który nie boi się ryzyka, ma świetne pomysły i potrafi przekuć je w historię, od której nie sposób się uwolnić. Jeśli ktoś szuka thrillera psychologicznego z pazurem, klimatem i bohaterami, którzy zostają w głowie na długo – właśnie znalazł idealny tytuł.

„Dobra samarytanka” to strzał w dziesiątkę. Z pełnym przekonaniem, zachwytem, radością i dumą mogę dodać tę książkę do czyt-NIKowej biblioteczki jako NIK – Najlepszą Interesującą

Książkę. Bo takie historie nie trafiają się codziennie. Takie historie się pamięta. Takie historie poleca się dalej. A wszystkim wytrawnym miłośnikom kryminału i thrillera mówię jedno: nie przechodźcie obok tej książki obojętnie. Laura już czeka przy telefonie.

Książka pt. „Dobra samarytanka” ukazała się nakładem Wydawnictwa Czwarta Strona Kryminału

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…