3 Szoty z Tomaszem Biedrzyckim
…To, co wyróżnia tę historię, to jej bezwzględna intymność. Nie interesował mnie dystans chłodnego obserwatora. Chciałem, żeby czytelnik poczuł ten sam ucisk w gardle, który czuje ojciec stojący przed mordercą swojego dziecka. To nie jest tylko zagadka kto zabił?, ale pytanie: co zrobisz, gdy dowiesz się, że sprawca jest wolny?…
Czyt-NIK: Czy fabuła rodziny Rzechowskich bazuje na jakichś prawdziwych historiach, czy jest całkowicie fikcyjna?
Tomasz Biedrzycki: Fabuła rodziny Rzechowskich to splot literackiej fikcji z bardzo gorzką rzeczywistością. Inspirowałem się dwiema prawdziwymi historiami, które łączył ten sam bolesny mianownik: sprawcy zbrodni nigdy nie trafili za kraty. To poczucie bezsilności, gdy system zawodzi, a morderca dziecka pozostaje bezkarny, stało się emocjonalnym fundamentem mojej książki. W „Kodeksie ojca” chciałem zbadać ten mroczny moment, w którym rodzic przestaje wierzyć w oficjalny wymiar sprawiedliwości i zaczyna działać według własnych, bezwzględnych reguł. Interesowało mnie pytanie: co zrobi człowiek, który nie ma już nic do stracenia? Mój bohater decyduje się na wejście na ścieżkę, z której nie ma już powrotu. To opowieść o miłości ojcowskiej tak silnej, że staje się ona ważniejsza niż kodeks karny i cena, jaką przychodzi za to zapłacić.
Czyt-NIK: Co wyróżnia „Kodeks ojca” na tle innych kryminałów?
Tomasz Biedrzycki: Wydaje mi się, że przede wszystkim ciężar moralny, który rzucam na szalę obok klasycznej intrygi. W wielu kryminałach skupiamy się na pracy śledczych, na zbieraniu śladów i procedurach. W „Kodeksie ojca” policja i prawo są tylko tłem dla dramatu człowieka, który został przez to prawo zawiedziony.
To, co wyróżnia tę historię, to jej bezwzględna intymność. Nie interesował mnie dystans chłodnego obserwatora. Chciałem, żeby czytelnik poczuł ten sam ucisk w gardle, który czuje ojciec stojący przed mordercą swojego dziecka. To nie jest tylko zagadka kto zabił?, ale pytanie: co zrobisz, gdy dowiesz się, że sprawca jest wolny?
Myślę, że unikalna jest tu również ta perspektywa „bezpiecznika”, który puszcza w zwyczajnym, porządnym człowieku. Pokazuję drogę od rozpaczy do radykalnych rozwiązań, z których nie da się wycofać. To kryminał, który zamiast dawać łatwe odpowiedzi, zmusza czytelnika do wejścia w buty bohatera i zadania sobie pytania: Gdzie leży moja granica?
Czyt-NIK: Jak wyglądał Pana proces pisania „Kodeksu ojca”? Czy miał Pan szczególną metodę budowania napięcia? Czy stosuje Pan jakieś techniki planowania fabuły, np. schematy kryminalne lub mapy postaci?
Tomasz Biedrzycki: Mój proces pisania to balansowanie między ogólnym planem a czystym instynktem. Posiadam konspekt – swoistą mapę drogową powieści – ale bardzo często pozwalam sobie na zboczenie z trasy. Najważniejszą metodą budowania napięcia jest dla mnie emocjonalny rezonans.
Podczas pisania staram się fizycznie wejść w rolę moich bohaterów; próbuję poczuć ich strach, gniew i dylematy. To nie jest tylko układanie puzzli z fabułą. Czasem, gdy dochodzę do ściany, rzucam po prostu w rozmowie ze znajomym pytanie: …a co Ty byś zrobił w takiej sytuacji?
Takie instynktowne, często skrajne reakcje są dla mnie cenniejsze niż jakikolwiek chłodny scenariusz. Nie zawsze jest to gotowa odpowiedź czy konkretny motyw, ale to właśnie z tych rozmów i z moich własnych emocji rodziły się najbardziej mroczne i nieprzewidywalne momenty w „Kodeksie ojca”. Nie trzymam się sztywnych schematów kryminalnych – wolę, żeby to bohaterowie prowadzili mnie za rękę, nawet jeśli prowadzi to w rejon którego sam się obawiam.