Recenzje

„Błękitne koperty”, które otwierają coś więcej niż tylko historię

„Błękitne koperty” to książka, która „bawi się percepcją”. Która zmusza do zadawania pytań. Która nie daje łatwych odpowiedzi. I która udowadnia, że w literaturze nadal można stworzyć coś świeżego, intrygującego i naprawdę angażującego. Dla mnie to powieść zdecydowanie godna uwagi. Taka, którą czyta się z zapartym tchem, ale też taka, do której wraca się myślami długo po zakończeniu. Dlatego mogę śmiało powiedzieć jedno: Czyt-NIK poleca!!! Czyt-NIK patronuje!!! Bo to nie jest zwykła książka. To historia, która zostawia ślad.

Nie każda historia kończy się wraz z ostatnią stroną. „Błękitne koperty” autorstwa Marty Jednachowskiej to opowieść, która wymyka się schematowi jednorazowej lektury i zostaje z czytelnikiem na długo po odłożeniu książki na półkę. To literatura, która nie tylko angażuje, ale wręcz wnika w myśli, zostawiając po sobie ślad trudny do zignorowania. Już od pierwszych stron czuć, że nie będzie to zwykła przygoda z fabułą. Autorka prowadzi czytelnika przez historię w sposób niezwykle świadomy – budując napięcie nie tylko wydarzeniami, ale przede wszystkim atmosferą niepewności i subtelnego niepokoju. To właśnie ten klimat sprawia, że kolejne rozdziały czyta się z rosnącym zaangażowaniem, a granica między światem przedstawionym a własnymi odczuciami zaczyna się niebezpiecznie zacierać.

„Błękitne koperty” nie są historią, którą się po prostu poznaje – to historia, którą się odczuwa. Wraca w myślach w najmniej spodziewanych momentach, zmuszając do zadawania pytań i analizowania tego, co wydawało się oczywiste. To jedna z tych opowieści, które osadzają się gdzieś głęboko – pod skórą, w emocjach, w refleksjach, które pojawiają się jeszcze długo po zakończeniu lektury.

To moje kolejne spotkanie z twórczością Marty Jednachowskiej i powiem wprost – autorka to znowu to zrobiła. Ponownie zdobyła moje czytelnicze serce. I nie, to nie jest przypadek. To efekt kunsztu, wyczucia i tej niesamowitej zdolności do tworzenia historii, które są jednocześnie intrygujące, niepokojące i emocjonalnie angażujące.

Już sam punkt wyjścia jest elektryzujący. Łucja – bohaterka, którą poznajemy – co roku dostaje listy w błękitnych kopertach. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nadawcą jest tajemnicza „anonimowa przyjaciółka”, a zawartość listów… wyprzedza rzeczywistość. Opisuje wydarzenia, które dopiero mają się wydarzyć. To nie jest tylko historia o tajemnicy. To jest historia o zaufaniu. O tym, jak cienka jest granica między tym, co realne, a tym, co podsuwa nam umysł. O tym, jak łatwo można zacząć wątpić – nie tylko w innych, ale przede wszystkim w samego siebie.

Autorka genialnie buduje napięcie. Nie wali czytelnika po głowie zwrotami akcji, tylko powoli, konsekwentnie dokłada kolejne elementy tej układanki. I właśnie w tym tkwi siła tej książki – w atmosferze. W tym nieustannym poczuciu, że coś jest nie tak. Że coś się zaraz wydarzy. Że za rogiem czai się odpowiedź… albo kolejna zagadka. Moment, w którym Łucja decyduje się powiedzieć prawdę swojemu narzeczonemu, Przemkowi, jest punktem zwrotnym. I to takim, który naprawdę wbija w fotel. Bo nagle wszystko zaczyna się sypać. Koperty znikają. A ukochany twierdzi, że… nigdy ich nie było. I tu zaczyna się prawdziwa gra. Z czytelnikiem. Z bohaterką. Z rzeczywistością.

Czy Łucja naprawdę przez lata otrzymywała listy? Czy może to wszystko było wytworem jej wyobraźni? A może ktoś bardzo chce, żeby uwierzyła, że traci rozum? Nie będę zdradzał więcej, bo ta historia zasługuje na to, żeby odkrywać ją samodzielnie. I właśnie to odkrywanie jest tutaj kluczowe. To literacka podróż – taka, która wciąga, hipnotyzuje i nie pozwala się oderwać. A co najważniejsze – taka, która na zawsze pozostaje w czytelniczej psychice.

Ogromnym atutem tej powieści jest styl. Lekki, ale nie banalny. Przystępny, ale jednocześnie dopracowany. Narracja płynie naturalnie, a jednocześnie ma w sobie coś, co sprawia, że chce się czytać dalej i dalej. „Jeszcze jeden rozdział” – znacie to? No to tutaj to uczucie wraca jak bumerang. Do tego dochodzi świetnie skonstruowana bohaterka. Łucja jest autentyczna. Jej emocje, jej zagubienie, jej strach – wszystko to czuć. Nie jest papierową postacią, tylko kimś, kogo los naprawdę zaczyna obchodzić. A kiedy zaczyna się jej chwiać grunt pod nogami… czytelnik chwieje się razem z nią. I właśnie za to cenię Martę Jednachowską najbardziej. Za umiejętność tworzenia historii, które nie są tylko fabułą. Są doświadczeniem. Są emocją. Są czymś, co zostaje.

„Błękitne koperty” to książka, która „bawi się percepcją”. Która zmusza do zadawania pytań. Która nie daje łatwych odpowiedzi. I która udowadnia, że w literaturze nadal można stworzyć coś świeżego, intrygującego i naprawdę angażującego. Dla mnie to powieść zdecydowanie godna uwagi. Taka, którą czyta się z zapartym tchem, ale też taka, do której wraca się myślami długo po zakończeniu. Dlatego mogę śmiało powiedzieć jedno: Czyt-NIK poleca!!! Czyt-NIK patronuje!!! Bo to nie jest zwykła książka. To historia, która zostawia ślad.

Bez wątpienia „Błękitne koperty” zasługują na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. I bez żadnego wahania dodaję ją do swojej czyt-NIKowej biblioteczki jako jedną z tych pozycji, które naprawdę warto mieć. Jeśli szukacie książki, która Was wciągnie, zaintryguje i zostawi z lekkim niepokojem – sięgnijcie po nią. Tylko uważajcie… bo kiedy już otworzycie tę pierwszą błękitną kopertę, nie będzie odwrotu.

Książka pt. „Błękitne koperty” ukazała się nakładem Wydawnictwa Novae Res

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…