TYTAŃSCY GRACZE: kiedy plansza świata przestawia się bez twojej kolejki
„Tytańscy gracze” to nie jest książka do odhaczenia. To jest książka do przeżycia. Momentami irytująca, momentami genialna, zawsze niepokojąca. Philip K. Dick nie opowiada tu historii – on buduje planszę, na której czytelnik zaczyna podejrzewać, że też jest pionkiem. I że ktoś właśnie przesuwa go tam, gdzie akurat pasuje do rozgrywki. I może właśnie dlatego ta książka trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo to nie jest tylko dobra literatura science fiction. To jest literacka gra, z której nie wychodzi się takim samym, jak się do niej weszło.
Książka, którą dziś polecam Waszej czytelniczej uwadze wciąga jak rozgrywka, która miała trwać „chwilę”, a nagle robi się świt i nie wiadomo, gdzie podziało się kilka godzin. Tyle że „Tytańscy gracze” Philipa K. Dicka nie oferują zwykłego stołu, przy którym przesuwa się pionki i liczy punkty. Tu stół ma rozmiar planety, a może nawet kilku planet naraz, bo granice rzeczywistości są raczej sugestią niż czymś stałym.
Na początku wydaje się, że to jeszcze da się ogarnąć – ot, świat po wojnie, ludzie próbują jakoś funkcjonować, a ich obsesją staje się Gra. Ale bardzo szybko okazuje się, że to nie jest żadna niewinna rozrywka, tylko system, który wchłania wszystko: pieniądze, relacje, decyzje, a nawet tożsamość. Każdy ruch ma konsekwencje, które wykraczają daleko poza planszę, o ile w ogóle jeszcze da się powiedzieć, gdzie ta plansza się kończy.
To nie jest książka do spokojnego czytania z herbatą i kocem. To raczej literacki rollercoaster, który co kilka stron sprawdza, czy nadal wiesz, gdzie jest góra, a gdzie dół. I czy w ogóle jeszcze istnieje coś takiego jak „pewność”. Gra, w której stawką jest wszystko
Świat po wojnie międzyplanetarnej nie wygląda tu jak klasyczna postapokalipsa z ruinami i pustyniami. U Dicka jest gorzej – jest dziwnie normalnie. Ludzkość ledwo zipie, ale żyje dalej, tyle że w trybie obsesji. A tą obsesją jest Gra. I nie mówimy o jakiejś niewinnej planszówce na niedzielne popołudnie. To system, który wchodzi w życie graczy głębiej niż jakakolwiek religia, polityka czy ekonomia. W tej grze można wygrać majątek, przegrać dom, a nawet… małżonka nie jest bezpieczna. Brzmi absurdalnie? Oczywiście. Ale u Dicka absurd jest tylko innym słowem na „to może się zdarzyć jutro”.
Pete Garden, główny bohater, zaczyna od klasycznej sytuacji: przegrywa wszystko. Dom, stabilność, poczucie kontroli. A potem robi to, co każdy porządny Dickowski bohater robi najlepiej – próbuje zrozumieć, dlaczego rzeczywistość przestała działać według instrukcji obsługi. Pete Garden, czyli człowiek w trybie „reset” Pete nie jest herosem. I bardzo dobrze, bo u Dicka herosi zwykle kończą gorzej niż reszta. To raczej facet, który miał pecha usiąść do stołu, przy którym rozdają karty nie ludzie, tylko coś znacznie bardziej niepokojącego. Jego problemem nie jest tylko przegrana w Grze. Jego problemem jest to, że Gra zaczyna grać nim. A to już zupełnie inny poziom niepokoju. W pewnym momencie Pete przestaje być pewny, czy w ogóle istnieje coś takiego jak „jego decyzje”. Czy on jeszcze wybiera, czy tylko wykonuje ruchy w cudzej rozgrywce? I tu właśnie Dick robi to, co robi najlepiej – rozbraja czytelnika pytaniem, które zostaje w głowie długo po zamknięciu książki: skąd wiesz, że to ty podejmujesz decyzje?
Kosmici, którzy nie potrzebują statków kosmicznych. Zapomnij o klasycznych UFO, laserach i inwazji w stylu hollywoodzkim. Tutaj przybysze z kosmosu nie muszą niczego niszczyć, bo wystarczy, że… zmieniają zasady gry. To jedna z najbardziej niepokojących warstw tej książki. Bo jeśli ktoś może manipulować rzeczywistością i ludzkim losem, to wojna przestaje być konfliktem zbrojnym. Staje się czymś bardziej subtelnym – jak błędem w kodzie świata.
I właśnie wtedy „Tytańscy gracze” zaczynają przypominać nie tyle science fiction, co paranoiczny sen, z którego nie da się obudzić, bo nie ma „prawdziwego świata” poza snem. Dick robi Dicka – i robi to dobrze
Jeśli ktoś zna Philipa K. Dicka, to wie, czego się spodziewać: rzeczywistość jest elastyczna, tożsamość jest podejrzana, a prawda… prawda jest opcjonalna. W „Tytańskich graczach” to wszystko jest podkręcone do poziomu, w którym czytelnik zaczyna sprawdzać nie książkę, tylko siebie. Czy ja jeszcze nadążam? Czy to się naprawdę dzieje w fabule, czy już w mojej głowie?
Philip K. Dick nie prowadzi czytelnika za rękę. On raczej delikatnie odsuwa mu grunt spod nóg i mówi: „proszę, zobacz, jak sobie poradzisz”. Planszówka jako metafora życia, które nie ma instrukcji
Najbardziej przewrotne w tej książce jest to, że Gra działa jak metafora wszystkiego: relacji, polityki, ekonomii, a nawet miłości. Wszystko jest tu rozgrywką, w której reguły są ukryte, zmienne i często ustalane przez kogoś, kto nawet nie gra według tych samych zasad. Pete traci żonę – ale nawet to nie jest ostateczne. W świecie Dicka „strata” i „odzyskanie” są tylko punktami na planszy, które ktoś może przestawić jednym ruchem. To sprawia, że książka jest jednocześnie fascynująca i niepokojąco zimna. Bo jeśli wszystko jest grą, to gdzie jest miejsce na coś prawdziwego?
Na pierwszy rzut oka „Tytańscy gracze” to chaos. Skoki narracji, zmiany zasad, rzeczywistość, która się rozpada i składa na nowo. Ale im dalej, tym bardziej widać, że ten chaos ma własną logikę – tylko nie naszą. I to jest właśnie Philip K. Dick w najlepszym wydaniu: nie daje stabilnego świata, tylko zmusza do zaakceptowania, że stabilność mogła być iluzją od samego początku.
„Tytańscy gracze” to nie jest książka do odhaczenia. To jest książka do przeżycia. Momentami irytująca, momentami genialna, zawsze niepokojąca. Philip K. Dick nie opowiada tu historii – on buduje planszę, na której czytelnik zaczyna podejrzewać, że też jest pionkiem. I że ktoś właśnie przesuwa go tam, gdzie akurat pasuje do rozgrywki. I może właśnie dlatego ta książka trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo to nie jest tylko dobra literatura science fiction. To jest literacka gra, z której nie wychodzi się takim samym, jak się do niej weszło.
Książka pt. „Tytańscy gracze” ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis