Recenzje

Wirus strachu i adrenaliny – „Shang. Kolce róży” książka, która wciąga bez reszty

Nie ukrywam – takie książki lubię najbardziej. Takie, które wciągają, angażują, zmuszają do myślenia, a jednocześnie dostarczają czystej czytelniczej frajdy. „Shang. Kolce róży” dokładnie to robi. To thriller, który czyta się szybko, ale który zostaje w głowie na dłużej. Dlatego bez wahania umieszczam tę książkę na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. To nie jest wyróżnienie na wyrost. To efekt docenienia kreatywności autora, jego umiejętności budowania historii i tego, jak skutecznie potrafi on operować emocjami czytelnika.

Drugie spotkanie z twórczością Marka Boszko-Rudnickiego utwierdziło mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z autorem, który doskonale wie, jak złapać czytelnika za gardło i nie puścić aż do ostatniej strony. „Shang. Kolce róży” to thriller, który nie bawi się w półśrodki – od pierwszych stron rzuca nas w sam środek wydarzeń, gdzie napięcie rośnie z każdą kolejną sceną, a poczucie zagrożenia nie opuszcza ani bohaterów, ani czytelnika.

Już sam punkt wyjścia jest mocny. Tajne badania w berlińskim laboratorium, nowa mutacja koronawirusa i moment, w którym wszystko wymyka się spod kontroli. Brzmi znajomo? Owszem. Ale autor nie idzie na łatwiznę. Nie odtwarza schematów, tylko bierze coś, co znamy z rzeczywistości, i wykręca to na maksimum napięcia, paranoi i niepewności. To nie jest kolejna historia „o wirusie”. To opowieść o tym, jak cienka jest granica między kontrolą a chaosem.

Największą siłą tej książki jest kreatywność autora w konstruowaniu historii. To właśnie ona sprawia, że „Shang. Kolce róży” nie jest tylko sprawnie napisanym thrillerem, ale czymś więcej – opowieścią, która elektryzuje czytelnicze emocje. Wątek wirusa to dopiero początek. Z każdą stroną historia się rozgałęzia, komplikuje, wciąga coraz głębiej w sieć powiązań, intryg i tajemnic. Mamy Adriana – członka polskiego wywiadu – który trafia do Berlina z konkretnym zadaniem. Tyle że bardzo szybko okazuje się, że to zadanie przestaje mieć sens w obliczu wydarzeń, które zaczynają się dziać wokół niego. Pandemia zmienia reguły gry. Rozkazy tracą znaczenie. A najgorsze jest to, że nie wiadomo już, komu ufać.

I tu właśnie autor pokazuje pazur. Bo to nie jest historia, w której mamy jasno wyznaczony podział na dobrych i złych. Tutaj wszystko jest płynne. Każda postać może coś ukrywać. Każdy ruch może być elementem większej układanki. A czytelnik, zamiast spokojnie śledzić fabułę, zaczyna analizować, podejrzewać, zastanawiać się – dokładnie tak, jak bohaterowie.

Bardzo podobało mi się to, jak Marek Boszko-Rudnicki buduje napięcie. Nie robi tego nachalnie. Nie musi co chwilę wrzucać wybuchów czy dramatycznych zwrotów akcji. Napięcie wynika z atmosfery – z poczucia, że coś jest nie tak, że coś zaraz się wydarzy, że sytuacja wymyka się spod kontroli szybciej, niż ktokolwiek jest w stanie to ogarnąć. To napięcie narasta powoli, ale konsekwentnie, aż w końcu osiąga poziom, przy którym trudno odłożyć książkę.

Na duży plus zasługuje również sposób, w jaki autor prowadzi narrację. Jest dynamicznie, konkretnie, bez zbędnego gadania. Dialogi są naturalne, sceny dobrze rozpisane, a opisy nie przytłaczają, tylko budują klimat. To styl, który bardzo dobrze sprawdza się w thrillerze – nie spowalnia akcji, tylko ją napędza.

Nie można też pominąć samego pomysłu na rozszerzenie zagrożenia – wirus nie dotyka tylko ludzi, ale również zwierzęta, co prowadzi do jeszcze bardziej nieprzewidywalnych mutacji. To dodaje historii dodatkowej warstwy niepokoju. Bo jeśli coś przestaje być pod kontrolą w jednym obszarze, to jeszcze można próbować to ogarnąć. Ale kiedy chaos zaczyna się rozlewać na kolejne poziomy, sytuacja robi się naprawdę poważna.

Warto też zwrócić uwagę na wątki związane z wywiadami – polskim i rumuńskim. To element, który dodaje historii głębi i sprawia, że nie mamy do czynienia tylko z thrillerem medycznym, ale również z opowieścią o polityce, wpływach i grze interesów. I znowu – autor nie podaje wszystkiego na tacy. Zostawia miejsce na domysły, na interpretację, na własne wnioski.

To, co szczególnie doceniam, to fakt, że mimo dużej liczby wątków, historia nie rozpada się na kawałki. Wszystko jest ze sobą powiązane, wszystko ma sens, wszystko do czegoś prowadzi. To nie jest chaos dla samego chaosu. To przemyślana konstrukcja, w której każdy element ma swoje miejsce.

Nie ukrywam – takie książki lubię najbardziej. Takie, które wciągają, angażują, zmuszają do myślenia, a jednocześnie dostarczają czystej czytelniczej frajdy. „Shang. Kolce róży” dokładnie to robi. To thriller, który czyta się szybko, ale który zostaje w głowie na dłużej. Dlatego bez wahania umieszczam tę książkę na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. To nie jest wyróżnienie na wyrost. To efekt docenienia kreatywności autora, jego umiejętności budowania historii i tego, jak skutecznie potrafi on operować emocjami czytelnika. Styl, narracja oraz sposób budowania historii zdecydowanie zasługują na uznanie. Widać, że autor ma pomysł, ma warsztat i – co najważniejsze – potrafi to wszystko połączyć w spójną, wciągającą całość.

Podsumowując – jeśli szukasz thrillera, który nie tylko opowiada historię, ale wciąga cię w nią po uszy, „Shang. Kolce róży” będzie bardzo dobrym wyborem. To książka, która pokazuje, że w tym gatunku wciąż można powiedzieć coś świeżego, jeśli ma się na to pomysł. A ja? Czekam na kolejne spotkanie z twórczością Marka Boszko-Rudnickiego. Bo jeśli będzie na tym poziomie, to zapowiada się naprawdę dobra czytelnicza przygoda.

Książka pt. „Shang. Kolce róży” ukazała się nakładem Wydawnictwa Novae Res

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…