3 Szoty z Sebastianem Orszulikiem
…Najtrudniejsze było jednak dopilnowanie, żeby ta historia nie była tylko opowieścią, którą się „czyta”, ale czymś, co realnie działa na odbiorcę, co zostaje z nim po zamknięciu książki. Zależało mi na tym, żeby napięcie nie wynikało z konstrukcji samej w sobie, tylko z decyzji bohaterów, z sytuacji, w których się znaleźli, i z konsekwencji, które ich doganiają…
Czyt-NIK: Co było największym wyzwaniem w pracy nad książką „Tam i z powrotem + trzy metry” – fabuła, bohaterowie czy emocjonalna intensywność?
Sebastian Orszulik: Największym wyzwaniem było dla mnie utrzymanie równowagi między wszystkimi tymi elementami jednocześnie, bo nie chciałem, żeby którykolwiek z nich dominował kosztem pozostałych. Fabuła musiała prowadzić czytelnika w sposób naturalny i konsekwentny, bohaterowie musieli być wiarygodni i wewnętrznie spójni, a emocje — jeśli już się pojawiały — nie mogły być sztuczne ani dopisane na siłę.
Dodatkowym wyzwaniem był sam sposób prowadzenia narracji, ponieważ w pierwszym tomie pojawia się sześciu narratorów, co jest rozwiązaniem ryzykownym i może być odebrane jako rozproszenie uwagi albo spłaszczenie postaci. Ja jednak od początku zakładałem, że pełny obraz każdego z nich będzie widoczny dopiero po przeczytaniu całości, kiedy wszystkie perspektywy zaczną się ze sobą zazębiać i uzupełniać.
Najtrudniejsze było jednak dopilnowanie, żeby ta historia nie była tylko opowieścią, którą się „czyta”, ale czymś, co realnie działa na odbiorcę, co zostaje z nim po zamknięciu książki. Zależało mi na tym, żeby napięcie nie wynikało z konstrukcji samej w sobie, tylko z decyzji bohaterów, z sytuacji, w których się znaleźli, i z konsekwencji, które ich doganiają.
Debiut zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem, bo w pewnym momencie oddajesz historię i tracisz nad nią kontrolę, a to, co dla autora było oczywiste, dla czytelnika może zostać odczytane zupełnie inaczej. I właśnie ta przestrzeń pomiędzy zamiarem a odbiorem była dla mnie największym wyzwaniem podczas pracy nad tą książką.
Czyt-NIK: Skąd wziął się pomysł na tak niepokojący punkt wyjścia historii – ciało w piwnicy nowego budynku?
Sebastian Orszulik: Punktem wyjścia było dla mnie bardzo proste, ale jednocześnie niepokojące pytanie: co, jeśli coś złego wydarzyło się już wcześniej, zanim ktokolwiek zdążył to zauważyć lub nazwać?
Nowy budynek kojarzy się z początkiem, z czymś świeżym, czystym, pozbawionym historii, i właśnie ten kontrast był dla mnie interesujący, bo chciałem pokazać, że nawet w takim miejscu coś może być już zaburzone, że coś może być „nie tak” od samego początku, tylko nikt jeszcze tego nie widzi.
Ciało w piwnicy nie jest więc wyłącznie zabiegiem fabularnym, który ma przyciągnąć uwagę, ale raczej sygnałem, że ta historia nie zaczyna się w momencie, w którym czytelnik ją poznaje. Ona już trwała, już się wydarzała, a ktoś w którymś momencie przegapił chwilę, w której można było ją zatrzymać.
Ten bohater, mimo że zostaje uśmiercony na początku, nie znika z tej historii. Jego obecność będzie odczuwalna w kolejnych tomach, w pytaniach, które pozostają bez odpowiedzi, i w konsekwencjach, które zaczynają się dopiero ujawniać. Wielu czytelników po pierwszej części zwraca uwagę na to, że pewne rzeczy nie są w pełni wyjaśnione, i to jest działanie celowe.
Od początku pisałem tę historię jako całość rozpisaną na trzy części, dlatego nie wszystko powinno być dopowiedziane od razu. Zależało mi na tym, żeby czytelnik miał przestrzeń na własne interpretacje, żeby musiał dopowiadać sobie brakujące elementy i konfrontować się z tym, czego nie wie.
Niektóre z tych „pustych miejsc” zostaną wypełnione w kolejnych tomach, inne pozostaną niedopowiedziane, ponieważ nie każda historia wymaga pełnego wyjaśnienia, a czasem to właśnie odbiorca decyduje, jak ją rozumie.
Czyt-NIK: Czy „Tam i z powrotem + trzy metry” to zamknięta historia, czy widzi Pan przestrzeń na rozwinięcie tego świata w kolejnych książkach?
Sebastian Orszulik: Ta historia ma swój wyraźny początek i zakończenie, natomiast świat, w którym się rozgrywa, nie jest zamknięty i od początku zakładałem, że będzie miał swoją dalszą ciągłość.
Pisząc pierwszy tom, miałem już w głowie szerszy plan i świadomość, że pewne wątki nie powinny się domykać od razu, ponieważ ich konsekwencje będą widoczne dopiero później. Interesuje mnie to, co dzieje się po wydarzeniach, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak zakończenie, a w rzeczywistości są dopiero początkiem czegoś kolejnego.
Drugi tom jest obecnie na etapie mojej autorskiej redakcji, natomiast trzeci mam już w dużej mierze ułożony w głowie — wiem, w jakim kierunku ta historia zmierza i jak powinna się zamknąć, choć ostateczny kształt zawsze powstaje dopiero w trakcie pisania.
Na ten moment traktuję to jako trylogię: „Tam i z powrotem” , „+ trzy metry”, „Feniks” i „Genotyp”. Tom drugi i trzeci posiada robocze tytuły, które mogą jeszcze ewoluować, ale dobrze oddają charakter kolejnych części.
Nie wiem jeszcze, czy ten świat zostanie zamknięty definitywnie, czy pozostawię dla niego przestrzeń na dalsze istnienie, ponieważ takie decyzje przychodzą naturalnie dopiero w trakcie pracy. Na pewno nie chcę przedłużać tej historii na siłę — jeśli będzie miała się skończyć, to w momencie, który będzie dla niej właściwy.