3 Szoty z Wojciechem Kulawskim
…piszę takie książki, jakie sam chciałbym czytać. Obszary moich zainteresowań są dosyć rozległe i oscylują wokół kryminału, sensacji, thrillera, sf i horroru, a najczęściej wychodzi mi mieszanka wszystkich tych gatunków…
Czyt-NIK: Po przeczytaniu książki „Rzeźbiarz kości” jestem przekonany, że zna Pan wzór na NIK – Najlepszą Interesującą Książkę. Proszę zatem zdradzić Pana przepis na NIK.
Wojciech Kulawski: Gdybym znał taki przepis, to pisałbym same bestsellery. To samo pytanie zadałem ostatnio na spotkaniu autorskim w Krakowie Wojtkowi Chmielarzowi. Niestety nie udzielił mi jednoznacznej odpowiedzi, wykręcając się czymś w rodzaju wiarygodności pisanej historii, dobrym planowaniem czy po prostu szczęściem. Chyba najważniejsza sprawa, to być szczerym wobec samego siebie. Pamiętajmy, że pisanie książek to jednak bieg na długi dystans. Można napisać jedną świetną książkę, ale w dzisiejszych czasach to za mało. Trzeba po prostu trzymać pewien poziom i starać się nie schodzić poniżej założonego sobie pułapu, co oczywiście nie jest łatwe, bo można w pewnym momencie zacząć zjadać własny ogon. Powiem banalnie, piszę takie książki, jakie sam chciałbym czytać. Obszary moich zainteresowań są dosyć rozległe i oscylują wokół kryminału, sensacji, thrillera, sf i horroru, a najczęściej wychodzi mi mieszanka wszystkich tych gatunków. Niestety z tego powodu, nigdzie nie mogę długo zagrzać miejsca, nie jestem w stanie zapuścić korzeni, deklarując się jako zagorzały kryminalista czy autor grozy. Zaraz, jak tylko znudzi mnie jakiś gatunek, przeskakuję na kolejny kwiatek, który w danym momencie wydaje mi się bardziej kolorowy i interesujący. I dobrze mi z tym, bo taki płodozmian sprawia, że nie tracę pasji. A to właśnie dzięki pasji – takiej czy innej, wszystko jedno, byle ją mieć – życie staje się wspaniałe.
Jeśli przyrównać pisanie książek do pieczenia ciasta, to moje wypieki przyrządzam według następującej receptury. Wyznaję zasadę pisania z tak zwanym planem ogólnym, zawierającym tylko kluczowe momenty i najczęściej zakończenie. Luki wypełniam w trakcie tworzenia, co jest zresztą bardzo ciekawe, bo nigdy do końca nie wiem, w którą stronę zdryfuje mi fabuła i dokąd zaprowadzą mnie bohaterowie. Wierzę również w ciekawą historię, czyli preferuję amerykańską szkołę tworzenia. Zresztą w literaturze gatunkowej fabuła to podstawa. Nie wyobrażam sobie horroru, który nie ma dynamicznej historii, tylko opiera się na jakichś wizjach i wynurzeniach autora, nieprowadzących ostatecznie do jakiegoś w miarę sensownego finału, tylko pozostawiają czytelnika z uczuciem dysonansu. Największy grzech, jaki może popełnić autor prozy gatunkowej to nuda. Jeśli chodzi o wybór treści, to hołduję powiedzeniu Eugeniusza Dębskiego, aby wybrać sobie jakąś najmniej oślinioną historię, czyli taką, która została opowiedziana stosunkowo mało razy (o ile to w ogóle możliwe). Oczywiście i tak na końcu liczy się wykonanie, czyli przyrównując literaturę do filmu to, w jaki sposób reżyser zrealizował swoją wizję artystyczną scenariusza. Jak w każdym dobrym cieście, ważna jest proporcja składników, musi być trochę rodzynek, czyli akcji, trochę orzechów, czyli ciekawi bohaterowie, wiejskie jajko od prawdziwej kury, czyli relacje między bohaterami i oczywiście dobra mąka, czyli inaczej interesująca historia, która niejako scala nam ciasto. Niby łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Dlaczego nasze babcie piekły takie smaczne ciasta, a nam wychodzą one różnie? Bo bacie miały doświadczenie i robiły to z potrzeby serca, z miłości do rodziny, a przede wszystkim wnuków. Oto mój przepis na Najlepszą Interesującą Książkę. Zresztą dlatego tworzenie literatury gatunkowej i w ogóle kreacja jako taka jest taka ciekawa, bo jest ulotna i nieuchwytna. Nigdy do końca nie wiadomo, czy to, co pieczesz, okaże się finalnie smacznym ciastem, czy byle jakim zakalcem.
Notabene w ten weekend wpadłem na nowy pomysł, to znaczy stare pomysły w mojej głowie połączyły się w nową jakość i jestem teraz pozytywnie nakręcony (to właśnie nazywam weną, to cudowne uczucie). To jest właśnie taka historia, która byłaby w stanie unieść nową trzytomową serię 😉. Zobaczymy, jak to się rozwinie, na razie muszę dokończyć rzeczy, które obecnie piszę. Mam taką zasadę, że nigdy nie porzucam rozpoczętych projektów.
Czyt-NIK: „Rzeźbiarz kości” to pierwsza część cyklu „Cienie w mroku”. Proszę zdradzić, ile odsłon liczyć będzie ta seria? I dlaczego ta historia nie mogła się zamknąć w jednym tomie.
Wojciech Kulawski: Seria „Cienie w mroku” liczy sobie trzy części, które oczywiście są już napisane i czekają na wydanie. Trwa redakcja części drugiej, która pojawi się w przyszłym roku. Cała historia faktycznie rozrosła się dość znacznie, a wszystko z powodu tego, że bardzo dobrze mi się ją pisało. Po przekroczeniu regulaminowej ilości stron przypadających na przeciętną książkę doszedłem do wniosku, że piszę dalej, bo ta historia najnormalniej w świecie na to zasługuje. Musi wybrzmieć do końca. Zresztą z tego powodu trzeci tom jest najgrubszy, bo musiałem zakończyć wszystkie wątki, a należało jeszcze pamiętać o satysfakcjonującym czytelnika zakończeniu, aby ten nie poczuł się oszukany. Zobaczymy jeszcze, jak te niewydane dwie części potraktuje pani redaktor, mam nadzieję, że nie będę musiał wszystkiego przepisywać 😉. Jak już wspomniałem wątki fabularne, nawet te najmniejsze, starałem się zakończyć, zgodnie z zasadą strzelby Czechowa. Zresztą nie ukrywam, że było to dla mnie sporym wyzwaniem. Znając już całą opowiadaną historię, wróciłem na początek do pierwszego tomu, aby pozostawić czytelnikowi okruszki, które potem będzie mógł sobie złożyć w bułeczkę (Czy to w ogóle możliwe? Odwrotna entropia?). Podam może przykład, aby pokazać, o co mi chodzi. Jeden z bohaterów, Tomasz Wetliński po wprowadzeniu się do nowego domu zauważa, że jedna z płytek podłogowych jest delikatnie wyszczerbiona. Ponieważ nowe lokum tak naprawdę jest wiekowe, ma dość długą historię, wyobraźnia Tomka podpowiada mu, że może w tym miejscu lata temu rozegrała się jakaś tragedia, a skaza w ceramice to ślad po zrykoszetowanej kuli. Jak bliski był prawdy, okaże się w kolejnych książkach. Logiczne jest, że czytelnicy „Rzeźbiarza kości” nie zwrócą na takie drobiazgi uwagi, skupiając się raczej na fabule czy relacjach między bohaterami. Jeśli jednak znajdą się tacy, którzy po zakończeniu całego cyklu wrócą do pierwszej części, wtedy zaczną zauważać te smaczki. Mam nadzieję, że wówczas ta historia uzyska dla nich głębię i większy sens. To akurat jest bardzo fajne w długich i wieloczęściowych historiach, bo można takie zabiegi stosować. Pod warunkiem oczywiście, że cała historia jest skończona, a autor nie szyje kolejnych części niejako na bieżąco 😉.
Czyt-NIK: „Rzeźbiarz kości” to doskonały wzór na filmowy scenariusz. Ciekaw jestem, którego aktora widziałby Pan w roli podkomisarza Mateusza Dafnera, kogo w roli Tomka Wetlińskiego? Może zaproponuje Pan też odtwórców innych postaci?
Wojciech Kulawski: Film i serial na podstawie książki to oczywiście marzenie wielu autorów. Moje również, choć wolę być realistą i nie zapuszczam się tak daleko. Skoro jednak postawiono przede mną takie zadanie, to proszę bardzo, spróbuję rozwinąć skrzydła. Borysa Szyca widzę w roli Mateusza Dafnera, Marcina Dorocińskiego albo Pawła Delonga jako Tomka Wetlińskiego. Moi bohaterowie są co prawda młodsi, ale dziś na ekranie można zrobić wszystko, więc takie ograniczenia wydają się błahe. W roli Darii Kalińskiej widziałbym może Annę Dereszowską, a w czarny charakter dobrze wcieliłby się Michał Żebrowski. W sumie to jak tak sobie fantazjuję, to wydaje mi się całkiem ciekawym pomysłem, aby z „Cieni w mroku” zrobić serial telewizyjny. W każdym razie ja jestem gotowy i czekam na propozycje :-).

