Gdy przeznaczenie budzi się w mroku
Ogromnym atutem „Dnia Przeznaczenia” jest motyw jedności. Autor przypomina, że w obliczu prawdziwego zagrożenia różnice przestają mieć znaczenie. Rasy, ludy, dawne urazy – wszystko to musi zejść na dalszy plan, gdy waży się los świata. To motyw znany, ale tutaj podany z sercem. Bez patosu, za to z emocjonalnym ciężarem. Czytałem i łapałem się na tym, że kibicuję temu przymierzu, nawet jeśli wiem, że droga do zwycięstwa będzie długa i bolesna.
„Dzień Przeznaczenia. Tom 1” Bartosza Tchórza to bez wątpienia książką, którą przeczytałem z czystej ciekawości, a odłożyłem z poczuciem, że właśnie odbyłem podróż do nowego świata. Debiut, który jest prognozą na sukces autora w polskiej literaturze. Science fiction i fantasy w jednym kotle. Wielka historia, wielkie zagrożenie, wielkie emocje. I – co dla mnie najważniejsze – szczera, wyczuwalna pasja autora do opowiadania historii. Już od pierwszych stron czuć, że to nie jest opowieść pisana „na chłodno”. Tu wszystko pulsuje – mrok, mitologia świata, echo dawnych bitew i niepokój, który powoli wpełza pod skórę. Sześć tysięcy lat historii, pradawny czar, demony z innego wymiaru i planeta Erisma, która kiedyś znała harmonię, a dziś znów drży.
Zdecydowanie Bartosz Tchórz nie idzie na skróty. On buduje ten świat cierpliwie, warstwa po warstwie, dając czytelnikowi czas, by się w nim zanurzyć. Czytając, miałem wrażenie, że autor naprawdę wierzy w ten świat. W jego rasy, konflikty, w dawne zwycięstwo okupione krwią i w to, że zło nigdy nie znika na zawsze – ono tylko czeka. I to czekanie czuć w każdej kolejnej scenie. Narastające napięcie, cień, który kładzie się na przyszłości Erismy, i poczucie, że coś wielkiego nadchodzi, niezależnie od tego, czy bohaterowie są na to gotowi.
Warto w tym miejscu podkreślić, iż ogromnym atutem „Dnia Przeznaczenia” jest motyw jedności. Autor przypomina, że w obliczu prawdziwego zagrożenia różnice przestają mieć znaczenie. Rasy, ludy, dawne urazy – wszystko to musi zejść na dalszy plan, gdy waży się los świata. To motyw znany, ale tutaj podany z sercem. Bez patosu, za to z emocjonalnym ciężarem. Czytałem i łapałem się na tym, że kibicuję temu przymierzu, nawet jeśli wiem, że droga do zwycięstwa będzie długa i bolesna. Nie sposób nie wspomnieć o wybrańcach – bohaterach, których los postawił na pierwszej linii frontu. Nie są to papierowe postacie ani herosi bez skazy. To ludzie (i nieludzie), którzy dźwigają brzemię przeznaczenia, często wbrew własnej woli. I właśnie to w nich najbardziej mnie poruszyło. Ich niepewność, wahania, strach. To sprawia, że historia przestaje być tylko opowieścią o walce dobra ze złem, a staje się historią o odpowiedzialności i cenie, jaką trzeba zapłacić za bycie „wybranym”.
Język? Przystępny, obrazowy, bez zbędnych fajerwerków. Autor nie sili się na akademickie konstrukcje, nie udowadnia na siłę, że „potrafi pisać”. On po prostu opowiada. A ja, jako czytelnik cenię to ogromnie. Bo tu liczy się historia,emocje i to uczucie, gdy po kilku rozdziałach orientujesz się, że czytasz już znacznie dłużej, niż planowałeś. Jako debiut „Dzień Przeznaczenia” wypada naprawdę imponująco. Widać potencjał na coś większego, na serię, która może się rozwinąć, pogłębić i jeszcze mocniej uderzyć w emocje.
Ten pierwszy tom jest jak otwarcie wielkiej kroniki – jeszcze nie wszystko wiemy, jeszcze nie wszystkie karty zostały odkryte, ale już teraz czujemy ciężar historii i nadchodzących wydarzeń. Dlatego bez wahania przyznaję tej książce tytuł NIK – Najlepszej Interesującej Książki. Za świat, który wciąga. Za mrok, który nie jest pusty. Za debiut, który pokazuje, że polska fantastyka ma się dobrze i ma głos, którego warto słuchać. Jeśli kochacie fantastykę, jeśli lubicie historie o przeznaczeniu, dawnych wojnach i nadciągającym złu – Erisma czeka. A ja już teraz czekam na tom drugi. Bo to dopiero początek.
Książka pt. „Dzień Przeznaczenia” dostępna jest tutaj