Buraczany śpiew grozy – kiedy praca sezonowa zamienia się w koszmar
Dla mnie to ogromne zaskoczenie – bardzo pozytywne. Pierwsze spotkanie z Margie Sarsfield okazało się doświadczeniem intensywnym, poruszającym i zwyczajnie świetnie napisanym. Widać tu literacką świadomość, ale bez zadęcia. Jest styl, jest wyrazisty głos, jest konsekwencja w prowadzeniu historii. A przede wszystkim – jest emocja. Ta prawdziwa. Nie wykreowana na siłę, ale wynikająca z sytuacji, z psychiki bohaterki, z narastającej grozy. Dlatego nie mam wątpliwości: „Beta vulgaris” trafia na zaszczytną półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek.
Są horrory, które straszą potworami wyskakującymi z szafy. I są takie, które wpełzają pod skórę powoli, niemal niezauważalnie – aż w pewnym momencie orientujesz się, że to nie dreszcz, a lodowata fala niepokoju, która nie chce odpuścić. „Beta vulgaris” autorstwa Margie Sarsfield należy właśnie do tej drugiej kategorii.
To horror, który nie krzyczy. On szepcze. A ten szept brzmi jak śpiew buraków cukrowych z pryzmy, której lepiej nie dotykać. To moje pierwsze spotkanie z twórczością Margie Sarsfield – i już wiem, że nie ostatnie. Autorka zdobywa moje czytelnicze uznanie i szczery podziw wobec kunsztu tworzenia historii nasączonej grozą, która daje się we znaki z każdą przekładaną stroną. To nie jest opowieść napisana „dla efektu”. To historia przemyślana, duszna, intensywna. Taka, która zostawia ślad.
Elise i Tom jadą do Minnesoty z bardzo przyziemnym celem – zarobić na czynsz w Brooklynie. Brzmi zwyczajnie? Owszem. I właśnie w tej zwyczajności tkwi siła tej książki. Sezonowa praca przy zbiorach buraka cukrowego, zmęczenie, fizyczne wyczerpanie, nieustanny lęk o pieniądze – to wszystko jest aż nazbyt realne. Sarsfield bierze tę codzienność i powoli zaczyna ją rozszczelniać. Najpierw pojawiają się telefony z pogróżkami. Potem tajemnicza wysypka na skórze Elise. Wreszcie – głosy dobiegające z pryzmy buraków. I nagle okazuje się, że to nie tylko opowieść o ciężkiej pracy. To surrealistyczny koszmar, który wciąga jak bagno.
Autorka wykazała się ogromną kreatywnością, budując świat, w którym groza wyrasta z ziemi – dosłownie. Buraki cukrowe przestają być rośliną uprawną. Stają się symbolem. Czego? Wyciśnięcia do ostatniej kropli. Konsumpcji. Systemu, który mieli ludzi równie bezwzględnie jak plony. Ale spokojnie – to nie jest akademicka rozprawa o kapitalizmie. To historia, która elektryzuje czytelnicze emocje, bo wszystko podane jest przez pryzmat doświadczenia Elise. Jej ciała. Jej lęków. Jej przeszłości, która wraca jak echo w pustym magazynie.
Największą siłą „Beta vulgaris” jest atmosfera. Duszna, lepka, pełna napięcia. Czytałem tę książkę z narastającym poczuciem, że coś jest nie tak. I nawet kiedy jeszcze nic się nie wydarzyło „na poważnie”, już czułem, że grunt usuwa się spod nóg. Styl, narracja oraz sposób budowania historii zasługują na uznanie. Sarsfield nie spieszy się. Pozwala, by groza sączyła się powoli. Każda scena ma znaczenie. Każde niedopowiedzenie pracuje na rzecz całości.
Podoba mi się też to, jak autorka prowadzi wątek znikających pracowników. Nie ma tu taniej sensacji. Jest za to narastające osamotnienie Elise. Tom znika, inni znikają, a ona zostaje sama z pytaniami, z przeszłością, z głosami. I z tym śpiewem buraków – złowrogim, a jednocześnie kuszącym. To właśnie ten element – balans między odrazą a fascynacją – sprawia, że książka wciąga tak mocno. Czytelnik, podobnie jak bohaterka, chce zrozumieć, co się dzieje. A im bardziej chce, tym głębiej brnie w mrok. Nie sposób nie docenić odwagi autorki. „Beta vulgaris” to horror bez kompromisów. Gorzki, niepokojący, momentami wręcz niewygodny. To nie jest lektura, która pozwoli Ci spokojnie zasnąć po kilku rozdziałach. To książka, która zostaje w głowie. Wraca obrazami. Pytaniami. Niepokojem.
Dla mnie to ogromne zaskoczenie – bardzo pozytywne. Pierwsze spotkanie z Margie Sarsfield okazało się doświadczeniem intensywnym, poruszającym i zwyczajnie świetnie napisanym. Widać tu literacką świadomość, ale bez zadęcia. Jest styl, jest wyrazisty głos, jest konsekwencja w prowadzeniu historii. A przede wszystkim – jest emocja. Ta prawdziwa. Nie wykreowana na siłę, ale wynikająca z sytuacji, z psychiki bohaterki, z narastającej grozy. Dlatego nie mam wątpliwości: „Beta vulgaris” trafia na zaszczytną półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. To horror, który nie tylko straszy, ale też hipnotyzuje. Który udowadnia, że groza może wyrastać z pola buraków równie skutecznie jak z nawiedzonego domu.
Jeśli szukacie historii, która elektryzuje, wciąga i zostawia po sobie ślad – sięgnijcie po tę książkę. Ale ostrzegam: kiedy następnym razem zobaczycie pryzmę buraków cukrowych, możecie usłyszeć coś więcej niż tylko szelest liści. Usłyszycie swój przyspieszony oddech. Ale czy to będzie tylko Wasz oddech?
Książka „Beta vulgaris” ukazała się nakładem Wydawnictwa Insignis