Agata Kunderman bardzo dobrze gra także przestrzenią. Kłodzko nie jest pocztówką. Nie jest urokliwym miasteczkiem dla turystów. Jest miejscem z historią, która ma ciężar. Twierdza nie jest atrakcją – jest niemal żywym organizmem, który wciąga ludzi w swoje wnętrze i nie zawsze oddaje ich w takim stanie, w jakim weszli. To bardzo mocny element tej książki, bo buduje wrażenie, że nie wszystko, co stare, jest bezpieczne do odkrywania.
Kłodzko w „Twierdzy” Agaty Kunderman nie jest tylko tłem. Ono oddycha, patrzy, milczy i – co najgorsze – pamięta. I to pamięta w taki sposób, że człowiek momentami ma ochotę odłożyć książkę… po czym natychmiast ją z powrotem otwiera, bo jednak trzeba wiedzieć, co czai się dalej w tych podziemiach.
Zaczyna się mocno, bez grzecznego wprowadzenia i bez delikatnego oswajania czytelnika. Czwórka znajomych schodzi nocą do korytarzy twierdzy. Wraca troje. A może jednak nie wszystko jest takie proste? Już na tym etapie czuć, że ta historia nie będzie bawić się w uprzejmości. Ona od razu ustawia nas w roli kogoś, kto ma patrzeć uważnie, bo każdy szczegół może być pułapką. I właśnie to jest pierwsza rzecz, która działa tu bardzo dobrze – atmosfera. Nie jest to tania groza ani efekciarskie straszenie. To raczej powolne narastanie niepokoju, jakby ktoś bardzo cicho zamykał za nami kolejne drzwi. Korytarze twierdzy stają się czymś więcej niż miejscem – są stanem umysłu. Czasem miałem wrażenie, że autorce udało się uchwycić coś bardzo trudnego: uczucie klaustrofobii nie tylko przestrzeni, ale i prawdy, która nie chce wyjść na światło dzienne.
Gdy w Kłodzku pojawia się kolejne ciało – młoda mieszkanka miasta – historia przyspiesza, ale nie w sposób chaotyczny. Raczej jak nurt rzeki, który nagle znajduje nowe koryto i zaczyna płynąć szybciej, mocniej, bardziej niebezpiecznie. Wątek kryminalny jest tu solidny, przemyślany i przede wszystkim konsekwentny. Nie ma wrażenia przypadkowych zwrotów akcji wrzuconych tylko po to, żeby coś się działo. Każdy element układanki ma swoje miejsce, nawet jeśli początkowo wydaje się, że to tylko luźny fragment.
Komisarz Miron Zaleski to postać, która niesie tę historię na swoich barkach. I trzeba przyznać – te barki nie są z żelaza. To człowiek zmęczony, uwikłany, chwilami wręcz przeciążony tym, co musi dźwigać. Nie jest to bohater z katalogu „niezniszczalny śledczy”. Bardziej ktoś, kto z każdym kolejnym krokiem w sprawie traci trochę siebie. I to działa. Bo dzięki temu jego wędrówka przez korytarze twierdzy staje się również wędrówką przez własne pęknięcia.
Ważnym elementem jest też Rysa – policjantka i przyjaciółka Zaleskiego. Jej obecność nie jest tylko fabularnym dodatkiem. Ona działa jak emocjonalny cień, który nie znika nawet wtedy, gdy scena się zmienia. Relacja między bohaterami nie jest tu wygładzona ani uproszczona. Jest napięta, miejscami bolesna, pełna niedopowiedzeń. I właśnie te niedopowiedzenia robią największą robotę.
Co ciekawe, „Twierdza” nie idzie w stronę prostego kryminału typu „kto zabił i dlaczego”. Oczywiście, pytanie „kto?” jest ważne, ale szybko okazuje się, że znacznie istotniejsze jest „co zostało tam na dole” i „dlaczego ktoś w ogóle chciał to ukryć”. Podziemia twierdzy stają się metaforą – miejscem, gdzie chowa się nie tylko tajemnice, ale i winy, które nie dają się łatwo zakopać.
Agata Kunderman bardzo dobrze gra także przestrzenią. Kłodzko nie jest pocztówką. Nie jest urokliwym miasteczkiem dla turystów. Jest miejscem z historią, która ma ciężar. Twierdza nie jest atrakcją – jest niemal żywym organizmem, który wciąga ludzi w swoje wnętrze i nie zawsze oddaje ich w takim stanie, w jakim weszli. To bardzo mocny element tej książki, bo buduje wrażenie, że nie wszystko, co stare, jest bezpieczne do odkrywania.
Styl pisania jest przystępny, ale nie banalny. Autorka nie próbuje udawać, że musi pisać „literacko” za wszelką cenę. Dzięki temu historia płynie naturalnie. Dialogi brzmią wiarygodnie, a opisy nie są przeciągnięte. Tam, gdzie trzeba, są konkretne i ostre jak światło latarki w ciemnym tunelu.
Oczywiście, jak w każdej historii, można znaleźć momenty, które ktoś mógłby odebrać jako bardziej przewidywalne. Ale w przypadku „Twierdzy” nie psuje to odbioru. Bo nawet jeśli gdzieś pojawia się cień domysłu, to sposób jego prowadzenia i tak trzyma w napięciu. Tu nie chodzi tylko o finał, ale o drogę, którą się do niego idzie – a ta droga jest naprawdę dobrze poprowadzona.
Najmocniejszym elementem tej książki jest jednak atmosfera psychologiczna. To nie jest tylko kryminał o zbrodni. To historia o tym, jak przeszłość nie znika, tylko zmienia miejsce ukrycia. Jak ludzie potrafią funkcjonować obok rzeczy, o których nie chcą pamiętać. I jak bardzo cienka jest granica między tym, co chcemy wiedzieć, a tym, co nas niszczy, kiedy już to poznamy.
Zamykając „Twierdzę”, miałem wrażenie, że nie wychodzę z książki tak do końca. Że jeszcze przez chwilę siedzę gdzieś w tych korytarzach, słysząc echo kroków, które nie zawsze wiadomo, czy są moje. I to jest chyba największy komplement, jaki można tej historii dać – że zostaje z czytelnikiem dłużej niż ostatnia strona.
„Twierdza” Agaty Kunderman zdobywa moje czytelnicze uznanie bez żadnych zastrzeżeń. To książka, która wie, czym chce być, i konsekwentnie to realizuje: mroczna, gęsta, emocjonalna, a jednocześnie bardzo ludzka w swoim rdzeniu. Nie udaje więcej, niż trzeba, ale daje dokładnie tyle, ile powinien dostać czytelnik, który lubi historie z cieniem pod powierzchnią. I właśnie dlatego ta powieść trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Nie jako przypadkowy gość, ale jako pozycja, która swoje miejsce tam po prostu sobie wywalczyła.
Książka pt. "Twierdza" ukazała się nakładem Wydawnictwa Filia, Filia Mroczna Strona

