„Byłem kurierem w Pekinie” to książka, która nie krzyczy. Nie epatuje dramatem. Nie próbuje za wszelką cenę zrobić wrażenia. A jednak robi je ogromne. Zostawia po sobie refleksję o pracy, tempie współczesnego świata i cenie, jaką płaci człowiek, kiedy wszystko ma być szybciej, więcej i skuteczniej. I właśnie dlatego uważam, że ta książka zdecydowanie zasługuje na miano NIK — Najlepszej Interesującej Książki.
Hu Anyan w „Byłem kurierem w Pekinie” nie próbuje niczego upiększać. Nie tworzy wielkich manifestów ani nie rozpisuje się o tym, czym jest współczesny świat. On po prostu opowiada. O pracy. O zmęczeniu. O upale, który odbiera siły. O nocach, po których człowiek nie wie, czy bardziej chce spać, czy po prostu na chwilę przestać myśleć. I właśnie ta prostota trafia najmocniej.
To jedna z tych książek, które od pierwszych stron nie próbują zdobyć uwagi efektownymi chwytami. Wchodzą do głowy i zostają tam spokojnie, ale na długo. Bo Hu Anyan pisze o codzienności, która dla milionów ludzi jest zwyczajna, choć z perspektywy czytelnika okazuje się wręcz niewiarygodnie wymagająca. Kurier w wielkim Pekinie. Miasto ogromne, anonimowe, nieustannie pędzące. Paczka za paczką. Ulica za ulicą. Zmiana za zmianą. A pomiędzy tym wszystkim człowiek — zmęczony, ale wciąż próbujący zachować własny rytm i własne myśli.
Najbardziej porusza to, że autor nie buduje siebie na bohatera. Nie przedstawia swojej historii w tonie walki z systemem ani nie próbuje wzbudzać współczucia. Pokazuje rzeczywistość taką, jaka jest. Czasem brutalną. Czasem absurdalną. Czasem wręcz przytłaczającą. A jednak w tym wszystkim jest miejsce na humor — surowy, oszczędny, trafny. Taki, który nie rozładowuje napięcia, ale pozwala przetrwać kolejny dzień.
Czytając, miałem wrażenie, że Pekin staje się tu osobnym bohaterem. Nie tym znanym z pocztówek czy turystycznych zdjęć. To Pekin od zaplecza. Miasto gorące, ciasne, zmęczone własnym tempem. Pełne uliczek, magazynów, tanich pokojów i ludzi, którzy każdego dnia próbują zarobić tyle, by starczyło na jutro. W tej przestrzeni Hu Anyan porusza się jak ktoś, kto zna ją doskonale, ale jednocześnie wciąż musi się z nią mierzyć.
Mocnym elementem tej książki jest kontrast. Z jednej strony fizyczna harówka i zmęczenie. Z drugiej — chwile, w których autor sięga po literaturę. Czechow. Carver. Wallace. W kilku zdaniach Hu pokazuje, jak wielką wartość mogą mieć te krótkie momenty oddechu. Jak książka potrafi być schronieniem, kiedy ciało domaga się odpoczynku, a głowa nie chce się wyłączyć. To szczególnie bliskie czytelnikowi, bo przypomina, że literatura czasem nie jest dodatkiem do życia — bywa jego ratunkiem.
Jest w tej opowieści także coś bardzo uniwersalnego. Choć mówimy o Chinach i realiach pracy w Pekinie, wiele emocji brzmi znajomo. Presja. Poczucie, że trzeba robić więcej i szybciej. Zmęczenie codziennością. Próba znalezienia własnego miejsca w świecie, który wymaga nieustannego biegu. Hu Anyan pisze o Państwie Środka, ale bez problemu można w tej historii zobaczyć doświadczenia ludzi z różnych zakątków świata.
Bardzo cenię w tej książce to, że nie daje prostych odpowiedzi. Nie kończy się wielkim rozwiązaniem ani spektakularnym przełomem. Bo życie zwykle tak nie działa. Czasem największym zwycięstwem jest po prostu ruszyć dalej. Wstać następnego dnia. Wsiąść na rower albo motocykl. Znów dostarczyć paczki. Znów szukać swojej przestrzeni. I Hu Anyan pokazuje to z ogromną szczerością.
To też książka o godności. O człowieku, który mimo wyczerpania nie traci poczucia własnej wartości. Który może zmieniać pracę wielokrotnie, może być zmuszony do kolejnych prób i kolejnych startów od zera, ale nie daje się sprowadzić wyłącznie do numeru, grafiku czy wydajności. Właśnie to robi największe wrażenie.
Styl autora świetnie pasuje do tej historii. Jest konkretny, oszczędny, ale bardzo obrazowy. Nie potrzebuje wielkich słów. Kilka zdań wystarczy, żeby poczuć gorące powietrze miasta, zmęczenie po nocnej zmianie i napięcie wynikające z codziennego pośpiechu. A kiedy autor zwalnia i pozwala sobie na refleksję, brzmi to naturalnie i mocno.
„Byłem kurierem w Pekinie” to książka, która nie krzyczy. Nie epatuje dramatem. Nie próbuje za wszelką cenę zrobić wrażenia. A jednak robi je ogromne. Zostawia po sobie refleksję o pracy, tempie współczesnego świata i cenie, jaką płaci człowiek, kiedy wszystko ma być szybciej, więcej i skuteczniej. I właśnie dlatego uważam, że ta książka zdecydowanie zasługuje na miano NIK — Najlepszej Interesującej Książki. To wartościowy tytuł, który wnosi do czyt-NIKowej biblioteczki coś więcej niż dobrą historię. Wnosi prawdę o codzienności, która często pozostaje niewidoczna. Wnosi głos człowieka, który nie mówi głośno, a mimo to słychać go bardzo wyraźnie. A po zamknięciu ostatniej strony zostaje jedna myśl: za każdą paczką, która trafia pod drzwi, stoi czyjaś droga. Czyjś wysiłek. Czyjś dzień. Hu Anyan przypomina o tym z wielką siłą — spokojnie, szczerze i naprawdę poruszająco.
Książka pt. „Byłem kurierem w Pekinie” ukazała się nakładem Wydawnictwa Insignis

