Najciekawsze w tej książce jest to, że ona nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Zostawia w głowie pewien niepokój. Takie pytanie: a co jeśli rzeczywistość naprawdę jest bardziej krucha, niż nam się wydaje? To nie jest typowe science fiction, które daje odpowiedzi. To raczej takie, które dokłada pytania – czasem niewygodne, czasem absurdalne, ale zawsze intrygujące. To książka dla tych, którzy lubią, kiedy historia zaczyna się prosto, a kończy się w miejscu, którego nie da się łatwo opisać. „Milenium” Johna Varleya to nie jest spokojna lektura na wieczór. To raczej książka, która wchodzi do głowy jak wir i przez długi czas nie chce jej opuścić.
Jeśli lubisz książki, które zaczynają się jak klasyczny thriller katastroficzny, a po chwili robią ci w głowie przewrót jak dobrze wymierzony cios w szczękę – to „Milenium” Johna Varleya jest dokładnie tym przypadkiem. A nawet czymś więcej, bo tu nic nie jest „zwykłe”, choć na początku udaje, że takie właśnie będzie. Na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek – trafia bez wahania. I to nie dlatego, że jest grzeczna, przewidywalna czy ładnie napisana. Wręcz przeciwnie. Ona momentami potrafi być niepokojąca, chaotyczna i dziwnie lepka w głowie, jakby zostawiała po sobie ślad, którego nie da się łatwo zmyć.
Zaczyna się mocno – nad Oakland dochodzi do zderzenia dwóch samolotów. Brzmi znajomo? Może. Ale Varley szybko daje sygnał, że nie będziemy czytać „jeszcze jednej historii o katastrofie lotniczej”. Wśród wraku pojawia się coś, co nie pasuje do żadnej znanej układanki. Przedmiot, którego nie powinno tam być. I właśnie od tego momentu książka zaczyna skręcać w stronę, której nie da się już przewidzieć.
Śledczy Bill Smith wchodzi w tę historię jak człowiek, który ma rozwiązać prostą zagadkę. Tyle że im głębiej kopie, tym bardziej okazuje się, że nie tyle rozwiązuje sprawę, co rozbija kolejne warstwy rzeczywistości. I nagle zaczyna się robić naprawdę ciekawie – bo pytanie nie brzmi już „co się stało?”, tylko „co tu właściwie jest prawdziwe?”. A gdzieś obok – przyszłość, która oddycha niepokojem.
Równolegle do ziemskiej katastrofy mamy drugi plan: odległą przyszłość i speckomando podróżników w czasie, które przygotowuje misję. Brzmi jak klasyczne science fiction? Tylko na pozór. Bo Varley nie bawi się w proste „tu przeszłość, tam przyszłość”. On te dwa światy zaczyna ze sobą mieszać, aż w końcu przestajesz być pewien, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. I to jest jeden z największych atutów tej książki – ona nie prowadzi cię za rękę. Raczej wrzuca cię do dwóch różnych rzek i każe samemu sprawdzić, czy w ogóle płyną w tym samym kierunku.
Bohaterowie, którzy nie są tylko figurami Bill Smith nie jest superbohaterem. Nie jest też genialnym detektywem, który od pierwszej strony wie wszystko. To raczej człowiek, który próbuje zachować zdrowy rozsądek w sytuacji, gdzie rozsądek przestaje mieć sens. I właśnie dlatego dobrze się go śledzi – bo jego zdziwienie jest też naszym zdziwieniem.
Z kolei postacie związane z przyszłością są bardziej… odhumanizowane, zdystansowane. Jakby żyły w świecie, gdzie emocje zostały gdzieś po drodze wyłączone albo przepisane na nowy język. To kontrast, który działa bardzo mocno – bo im bardziej „zimna” przyszłość, tym bardziej wybrzmiewa chaos teraźniejszości.
Czas jako coś, co się rozpada Nie ma sensu udawać, że „Milenium” to prosta historia. Tu czas nie jest linią. Raczej przypomina coś, co ktoś pogniótł, a potem próbował rozprostować, ale już się nie dało.
John Varley bawi się ideą podróży w czasie w sposób, który nie polega na efektownych paradoksach dla samego efektu. On raczej pyta: co się stanie, jeśli czas przestanie być stabilny? Jeśli przeszłość i przyszłość zaczną się „dotykać” w miejscach, gdzie nie powinny?
I tu robi się naprawdę ciekawie, bo książka zaczyna zahaczać o coś więcej niż tylko fabułę. O poczucie kontroli. O to, czy w ogóle mamy jakąkolwiek sprawczość w świecie, który może być już „poprawiany” przez kogoś innego.
Tempo, które nie pozwala się nudzić Nie jest to powieść, która jedzie jednym rytmem. Ona raczej przyspiesza, zwalnia, nagle skręca i zostawia cię na chwilę w ciszy, żebyś sam spróbował złożyć to, co właśnie przeczytałeś.
Najciekawsze w tej książce jest to, że ona nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Zostawia w głowie pewien niepokój. Takie pytanie: a co jeśli rzeczywistość naprawdę jest bardziej krucha, niż nam się wydaje? To nie jest typowe science fiction, które daje odpowiedzi. To raczej takie, które dokłada pytania – czasem niewygodne, czasem absurdalne, ale zawsze intrygujące.
To książka dla tych, którzy lubią, kiedy historia zaczyna się prosto, a kończy się w miejscu, którego nie da się łatwo opisać. „Milenium” Johna Varleya to nie jest spokojna lektura na wieczór. To raczej książka, która wchodzi do głowy jak wir i przez długi czas nie chce jej opuścić. Mamy tu katastrofę, mamy śledztwo, mamy przyszłość i podróże w czasie – ale najważniejsze jest coś innego: poczucie, że wszystko to może być częścią jednego, większego i nie do końca zrozumiałego układu. Dlatego bez większego wahania trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo to dokładnie ten typ literatury: nie zawsze wygodny, nie zawsze prosty, ale taki, który zostaje z czytelnikiem na dłużej niż tylko na czas lektury. I być może o to właśnie w science fiction chodzi najbardziej.
Książka pt. "Milenium" ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis

