„Kasperl i Margit” to powieść, która nie próbuje się przypodobać. Ona raczej zaprasza – do świata, który nie zawsze jest wygodny, ale zawsze jest interesujący. Do bohaterów, którzy nie są krystaliczni, ale przez to właśnie wydają się prawdziwi. I do historii, która zostaje z czytelnikiem na dłużej.
Nie każda opowieść musi krzyczeć „jestem ważna”, by naprawdę taka była. Czasem wystarczy kilka pierwszych stron, by poczuć, że wchodzimy w historię, która zostanie z nami na dłużej – nie przez rozmach zapowiedzi, ale przez to, co robi z emocjami czytelnika. „Kasperl i Margit” autorstwa Macieja Płazy działa właśnie w ten sposób. To powieść szeroko rozpisana, pełna oddechu, chwilami surowa, a jednocześnie zaskakująco czuła. Największą jej siłą pozostaje autentyczność uczuć – nawet wtedy, gdy bohaterowie balansują gdzieś między baśniową nutą a twardą, nie zawsze łaskawą rzeczywistością.
Z jednej strony mamy Kasperla – chłopaka z rynsztoka, dosłownie i w przenośni. Urodzonego w biedzie, pozbawionego edukacji, ale obdarzonego czymś, czego nie da się nauczyć: słuchem, który potrafi zatrzymać ludzi na ulicy. Jego świat to brud, przypadek i ciągłe balansowanie na krawędzi. A jednak jest w nim coś magnetycznego. Coś, co sprawia, że chce się za nim iść, nawet jeśli wiadomo, że to droga pełna wybojów.
Z drugiej strony Margit – dziewczynka z zupełnie innej bajki. Wychowana w dostatku, zapatrzona w teatr, który staje się dla niej nie tylko marzeniem, ale wręcz przeznaczeniem. I choć jej droga wydaje się łatwiejsza, szybko okazuje się, że scena też potrafi być bezlitosna. Że za blaskiem reflektorów kryją się cienie, których nie widać z widowni.
Maciej Płaza robi coś, co w takich historiach jest najtrudniejsze – nie faworyzuje żadnego z tych światów. Nie mówi: „tu jest prawda, a tam iluzja”. Zamiast tego pokazuje, że zarówno ulica, jak i scena rządzą się własnymi prawami. I że w obu przypadkach człowiek bardzo łatwo może stać się pionkiem w grze, której zasad do końca nie rozumie.
Największą siłą tej książki jest jednak tło. Początek XX wieku nie jest tu tylko dekoracją – on żyje, oddycha, zmienia się na naszych oczach. Czuć ten ferment, napięcie, nadchodzące burze. Wielka historia nie wchodzi tu drzwiami – ona wdziera się oknami, ulicami, rozmowami. Wojna, powstania, rodzące się ideologie – wszystko to przewija się przez losy bohaterów, nie pytając ich o zdanie. I właśnie w tym miejscu „Kasperl i Margit” robi na mnie największe wrażenie. Bo to nie jest książka, która opowiada historię „o czymś”. To książka, która pokazuje, jak historia dzieje się obok – i jak bardzo potrafi zmienić życie tych, którzy akurat znaleźli się na jej drodze.
W tej historii doceniam to, że autor nie daje prostych odpowiedzi. Nie zamyka wszystkiego w ładne klamry. Zostawia miejsce na niedopowiedzenia, na własne interpretacje. I na to tytułowe pytanie: co właściwie może nas uratować w świecie, który co chwilę wymyka się spod kontroli?
„Kasperl i Margit” to powieść, która nie próbuje się przypodobać. Ona raczej zaprasza – do świata, który nie zawsze jest wygodny, ale zawsze jest interesujący. Do bohaterów, którzy nie są krystaliczni, ale przez to właśnie wydają się prawdziwi. I do historii, która zostaje z czytelnikiem na dłużej.
Dla mnie to jedna z tych książek, które czyta się nie tylko oczami, ale i gdzieś głębiej – między zdaniami. Taka, do której chce się wracać myślami, nawet jeśli nie wszystko było w niej łatwe czy przyjemne. Dlatego bez wahania mogę powiedzieć: ta powieść zdobywa moje czytelnicze uznanie. I bezdyskusyjnie trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo to historia, która nie tylko opowiada, ale i gra – czasem głośno jak uliczny akordeon, a czasem cicho jak echo ze sceny. I właśnie dzięki temu tak trudno o niej zapomnieć.
Książka pt. „Kasperl i Margit” ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego

