Pewne historie nie proszą o uwagę – one po prostu wchodzą w czytelnika z impetem, jakby od pierwszej strony wiedziały, że nie ma tu miejsca na obojętność. „Chiński wirus” Krzysztofa Koziołka dokładnie tak się zachowuje. I zanim zdążysz się zastanowić, czy to jeszcze fikcja, czy już echo rzeczywistości, jesteś w samym środku wydarzeń, gdzie napięcie rośnie szybciej niż odpowiedzi. Nie jest to kolejna powieść „o pandemii”, choć punkt wyjścia może tak sugerować. To raczej opowieść o tym, jak łatwo świat zaczyna się chwiać, gdy na styku ludzkich tragedii, politycznych gier i globalnych interesów pojawia się pytanie o winę – i o to, kto naprawdę trzymał rękę na pulsie, zanim wszystko wymknęło się spod kontroli.
Szóste spotkanie z twórczością autora było dla mnie czytelniczą ucztą – i to taką, po której trudno wstać od stołu bez uczucia, że chciałoby się dokładkę. Koziołek po raz kolejny pokazuje, że potrafi nie tylko snuć historię, ale przede wszystkim budować napięcie w sposób niemal chirurgiczny. Każdy rozdział jest jak kolejny element układanki, który zamiast dawać odpowiedzi, mnoży pytania. I to działa. Naprawdę działa.
Punktem wyjścia jest historia, która z jednej strony wydaje się aż nazbyt znajoma, a z drugiej – od razu budzi niepokój. Ilario Incerto, światowej sławy piłkarz Juventusu Turyn, traci bliską osobę w wyniku koronawirusa. To wydarzenie, choć dramatyczne, jest dopiero początkiem lawiny. Bo kiedy w jego życie wchodzi pracownik polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, również dotknięty osobistą tragedią, zaczyna się coś więcej niż rozmowa dwóch zranionych ludzi. Zaczyna się śledztwo. Ale nie takie w stylu „zbierzmy dowody i spokojnie przeanalizujmy fakty”. Nie. To śledztwo, które od pierwszych stron pachnie niebezpieczeństwem, polityką, ukrytymi interesami i czymś, co przypomina globalną grę, w której stawką jest nie tylko prawda, ale i życie uczestników.
Krzysztof Koziołek świetnie wykorzystuje napięcia znane z ostatnich lat – lęk przed nieznanym, chaos informacyjny, brak zaufania do instytucji i poczucie, że świat wcale nie jest tak stabilny, jak lubimy myśleć. Ale nie robi tego w sposób nachalny czy publicystyczny. Nie moralizuje. Zamiast tego wrzuca bohaterów w sam środek wydarzeń i pozwala, żeby to ich decyzje, emocje i błędy prowadziły czytelnika przez historię. I właśnie bohaterowie są jednym z najmocniejszych punktów tej powieści. Ilario Incerto nie jest papierowym „bohaterem z gazety sportowej”. To człowiek z krwi i kości – rozbity, emocjonalny, momentami impulsywny, ale przez to autentyczny. Z kolei pracownik MSZ, choć na początku wydaje się postacią bardziej zdystansowaną, szybko okazuje się kimś, kto również nosi w sobie ciężar straty i niepewności. Ich relacja, oparta na nieufności, ale i konieczności współpracy, buduje ciekawą dynamikę całej historii.
To, co szczególnie imponuje, to tempo narracji. Koziołek nie daje czytelnikowi zbyt wielu momentów wytchnienia. Kiedy wydaje się, że coś zostało wyjaśnione, natychmiast pojawia się nowy trop, nowy cień, nowa wątpliwość. To trochę jak jazda samochodem nocą po nieznanej trasie – światła reflektorów pokazują tylko fragment drogi, reszta pozostaje w ciemności, ale mimo to nie zwalniasz. I właśnie ta niepewność jest esencją tej książki.
Autor bardzo sprawnie żongluje wątkami międzynarodowymi, pokazując, że współczesne kryzysy nie znają granic państwowych. Tu wszystko jest powiązane – polityka, nauka, media, interesy ekonomiczne i prywatne tragedie. To sieć, z której bardzo trudno się wydostać, a jeszcze trudniej ją w pełni zrozumieć.
Co ważne, „Chiński wirus” nie próbuje udawać dokumentu ani raportu. To fikcja, która jednak momentami niebezpiecznie ociera się o rzeczywistość, przez co czytelnik co jakiś czas łapie się na myśli: „a co jeśli…?”. I właśnie w tym tkwi siła tej historii – w budowaniu wątpliwości, które zostają z nami jeszcze długo po zamknięciu książki.
Nie można też pominąć emocji. Bo to nie jest chłodny thriller, w którym liczy się tylko zagadka. To historia o stracie, żałobie, potrzebie sprawiedliwości i obsesji odkrycia prawdy za wszelką cenę. Momentami bardzo osobista, momentami brutalna, ale konsekwentna w swoim wydźwięku.
Czy wszystko tu działa idealnie? Jeśli ktoś szuka literackiej analizy naukowej, może zacząć się czepiać szczegółów. Ale „Chiński wirus” nie jest książką do analizowania pod mikroskopem. To powieść, którą się chłonie, a nie rozkłada na czynniki pierwsze. I w tej roli sprawdza się znakomicie.
Krzysztof Koziołek po raz kolejny udowadnia, że potrafi tworzyć historie, które nie tylko angażują, ale też emocjonalnie przywiązują czytelnika do bohaterów i ich losów. A to wcale nie jest łatwe, zwłaszcza w świecie, gdzie odbiorca jest coraz bardziej wymagający i coraz trudniej go zaskoczyć. „Chiński wirus” to książka, która nie prosi o uwagę – ona ją po prostu przejmuje. I robi to skutecznie od pierwszej do ostatniej strony.
Szóste spotkanie z twórczością autora tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z pisarzem, który wie, jak opowiadać historie, które żyją własnym rytmem i nie pozwalają się odłożyć „na później”. To była czytelnicza uczta – intensywna, momentami niepokojąca, ale przede wszystkim satysfakcjonująca.
Z uznaniem wobec pisarskiego kunsztu Krzysztofa Koziołka mogę dodać jedno: „Chiński wirus” zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki, i bez wątpienia wzbogaca czyt-NIKową biblioteczkę o tytuł, który zostaje w pamięci na długo.
Książka pt. „Chiński wirus” ukazała się nakładem Wydawnictwa Manufaktura Tekstów

