3 Szoty z Margotą Kott
…Akcję osadziłam w Bieszczadach, moich ukochanych górach. Tajemniczych i magicznych, ale także nasiąkniętych ludzką krwią. Ta książka ma niezwykła historię. Jako, że wykorzystane zostały w niej pewne fakty historyczne, musiałam wcześniej przeprowadzić bardzo dogłębny research…
Czyt-NIK: Przyznam szczerze, że „Kolor miłości i krwi” to umiejętne połączenie i kryminału i wątku miłosnego, romansu. Taki kolaż gatunków zapewni nam ekstremalne doznania, jak i również uniesienia. Proszę zdradzić jakie emocje towarzyszyły Pani podczas tworzenia tej historii?
Margota Kott: Towarzyszyły mi skrajne emocje, „krańcowe”, jak mawiał jeden z bohaterów mojej powieści. Kiedy tworzę historię, a w niej osadzam poszczególne osoby, bardzo to przeżywam. Bohaterowie w moich książkach żyją naprawdę. Nie opisuję ich, ja się po prostu nimi staję. Skrajne emocje stanowią mój żywioł. To czasem naprawdę boli. Myślę jednak, że warto. To jedyny sposób by opowieść nasycić prawdą, sprawić, by przy całej swojej fikcyjności stała się bliska czytelniczym sercom. W każdym z bohaterów pozostawiam własną energię i uczucia. Są to sprawy, które traktuję bardzo poważnie.
Czyt-NIK: Historia o bohaterstwie. O najwyższej próbie w najokrutniejszych czasach. O miłości, sile i woli walki. Czego jeszcze czytelnik może spodziewać się, gdy sięgnie po „Kolor miłości i krwi”?
Margota Kott: Wydaje mi się, że może się spodziewać niezwykłej przygody. Akcję osadziłam w Bieszczadach, moich ukochanych górach. Tajemniczych i magicznych, ale także nasiąkniętych ludzką krwią. Ta książka ma niezwykła historię. Jako, że wykorzystane zostały w niej pewne fakty historyczne, musiałam wcześniej przeprowadzić bardzo dogłębny research. Natrafiłam m.in. na dokument IPN-u Kresowa Księga Sprawiedliwych, o Ukraińcach, którzy w czasie II Wojny Światowej ratowali Polaków. Powieść pisałam dwa lata, dziewięć miesięcy trwał cykl wydawniczy. I ukazała się dokładnie w tym czasie, gdy wybuchła wojna w Ukrainie. To nie mógł być przypadek!
Co do miłosnej strony fabuły. W „Kolorze miłości i krwi” opowiadam o miłości niezwykłej, trudnej do nazwania i przeżywania. Więc tym bardziej cennej, wyjątkowej. I nie jest to jedyny romantyczny wątek. Postawiłam sobie trudne zadanie – napisać powieść w pierwszej osobie, gdzie narratorem jest młody Ukrainiec, który walczył w Doniecku w 2014 roku. Jak mi się to udało? Na to pytanie potrafią odpowiedzieć jedynie czytelnicy…
Czyt-NIK: Swoją twórczość kieruje Pani do szerokiego grona czytelników – miłośników kryminałów, horrorów, thrillerów, literatury pięknej. Pisze Pani również książki dla dzieci. Nie będę pytał, w którym gatunku czuje się Pani najlepiej, aby nie faworyzować, ale zapytam, czy jest jeszcze jakiś gatunek, w którym planuje Pani sprawdzić swój kunszt pisania?
Margota Kott: „Nie ma drogi do szczęścia, szczęściem jest sama droga”. Ta myśl jest mi bardzo bliska. Moją drogą i szczęściem jest ciągłe poszukiwanie, odkrywanie i doznawanie. Troszkę pewnie przypomina to gonienie króliczka, a nie złapanie go (śmiech!). Nie znoszę monotonii, nudy i powtarzalności. Zmiana gatunków, ciągłe sprawdzanie siebie w nowych rolach, ogromnie mnie ekscytuje i rozwija. Gdyby ktoś zapytał, gdzie sobie wyobrażam siebie za pięć lat to naprawdę nie wiem, co bym odpowiedziała. Po prostu sama nie mam pojęcia. Prowadzi mnie droga i wewnętrzna pasja. Pisarska intuicja, która szepcze mi teraz na uszko: „Stwórz, proszę, thriller psychologiczny z elementami kryminału. Przecież kochasz ten gatunek, ale napisać czegoś takiego jeszcze nie próbowałaś”. Powstanie, a jakże! Mam już go w głowie i powoli zbieram materiały. Najpierw jednak dokończę powieść kryminalną o przemocy wobec kobiet. Jestem na półmetku.
Autorką zdjęcia jest Ezo Oneir
