Kiedy przeszłość wraca ciszej niż burza, ale uderza mocniej
To, co szczególnie mnie urzekło, to sposób, w jaki Agata Czykierda-Grabowska buduje emocje. Nie robi tego przez wielkie deklaracje, ale przez drobne gesty, niedopowiedzenia i sceny, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zwyczajne. A jednak zostają w głowie. I to właśnie te „małe rzeczy” sprawiają, że książka ma w sobie coś wyjątkowego.
„Przez milion burz” Agaty Czykierdy-Grabowskiej to powieść, która nie potrzebuje literackich fajerwerków ani głośnych zapowiedzi, żeby zwrócić na siebie uwagę. Zamiast tego wchodzi w życie czytelnika spokojnie, niemal niepostrzeżenie, jak rozmowa, która zaczyna się od kilku niewinnych zdań, a kończy dopiero wtedy, gdy orientujemy się, że minęło kilka godzin.
Ta historia nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest, i właśnie w tym tkwi jej siła. Nie epatuje wielkimi słowami ani nie buduje dystansu wobec czytelnika – przeciwnie, zaprasza go bardzo blisko, do świata pełnego emocji, wspomnień i drobnych zdarzeń, które z czasem układają się w opowieść trudną do zapomnienia. To książka, która zamiast krzyczeć, mówi cicho, ale tak wyraźnie, że jej głos zostaje w pamięci na długo po zamknięciu ostatniej strony.
To moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki i już na wstępie mogę powiedzieć jedno – zdobyła moje czytelnicze serce. Nie spektakularnymi fajerwerkami, ale czymś dużo bardziej wartościowym: lekkością pióra, która nie spłyca historii, tylko pozwala jej oddychać. To właśnie ten rodzaj narracji, który sprawia, że czytelnik nie tyle „czyta książkę”, co w niej jest. I to jest ogromna różnica.
Historia Martyny zaczyna się od momentu, który mógłby być końcem wielu zawodowych ambicji – utrata pracy w korporacji. Ale zamiast dramatycznego upadku mamy tu decyzję o wyjeździe na wieś, do opuszczonego gospodarstwa dziadków. I już od pierwszych stron wiadomo, że to nie będzie zwykła „ucieczka od miasta”. To raczej wejście w coś nieznanego, trochę zapomnianego, trochę zardzewiałego – jak samo gospodarstwo, które okazuje się w znacznie gorszym stanie, niż Martyna zakładała.
Agata Czykierda-Grabowska bardzo sprytnie buduje atmosferę tego miejsca. Nie ma tu taniego romantyzowania wsi ani przesadnej sielanki. Jest za to kurz, cisza, stare ściany i przestrzeń, która pamięta więcej niż jej mieszkańcy. Martyna postanawia uporządkować to miejsce, odnowić je chociaż częściowo, ale szybko okazuje się, że przeszłość nie zamierza siedzieć cicho.
„Przez milion burz” nie jest tylko historią o remoncie starego domu i nowym początku. To opowieść o tym, że przeszłość nigdy nie znika całkowicie – ona po prostu czeka na odpowiedni moment, żeby zapukać do drzwi. Czasem robi to delikatnie. A czasem – jak ktoś, kto bardzo dobrze wie, że nie zostanie zignorowany.
Autorka prowadzi czytelnika przez tę historię z ogromnym wyczuciem. Nie spieszy się, ale też nie pozwala się znudzić. Każdy wątek ma swoje miejsce, każdy szczegół wydaje się mieć znaczenie, nawet jeśli na początku nie wiemy jeszcze jakie. To właśnie sprawia, że odkrywanie tej historii jest jak literacka podróż – nie wiemy dokładnie, dokąd zmierzamy, ale chcemy tam dojść.
Jednym z ciekawszych elementów fabuły jest tajemnica związana ze starymi sztućcami. Niby przedmiot banalny, a jednak w rękach autorki staje się nośnikiem historii, która stopniowo odsłania swoje warstwy. Do tego dochodzą próby włamań do domu po dziadkach Martyny oraz były chłopak, który nie potrafi zaakceptować jej decyzji o odejściu. To wszystko splata się w opowieść, która momentami ma w sobie coś z obyczajowego thrillera, ale nadal pozostaje bardzo emocjonalna i „ludzka”. Hubert natomiast jest postacią, która dodaje historii stabilności. Nie jest wybawcą ani stereotypowym „idealnym mężczyzną z przeszłości”. To raczej ktoś, kto również nosi swoje wspomnienia, swoje wybory i swoje milczenia. Ich relacja rozwija się powoli, bez pośpiechu, co tylko dodaje jej wiarygodności.
To, co szczególnie mnie urzekło, to sposób, w jaki Agata Czykierda-Grabowska buduje emocje. Nie robi tego przez wielkie deklaracje, ale przez drobne gesty, niedopowiedzenia i sceny, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zwyczajne. A jednak zostają w głowie. I to właśnie te „małe rzeczy” sprawiają, że książka ma w sobie coś wyjątkowego. Nie mogę też nie wspomnieć o stylu. Lekki, płynny, bardzo naturalny. To taki rodzaj pisania, który nie męczy, ale prowadzi czytelnika przez historię niemal niezauważalnie. I choć tematów jest tu sporo – od relacji międzyludzkich, przez tajemnice rodzinne, aż po próby odnalezienia siebie – wszystko jest dobrze wyważone.
Dla mnie to powieść godna uwagi, właśnie dlatego, że nie próbuje być „na siłę wyjątkowa”. Ona po prostu taka jest – spokojnie wyjątkowa. A to w dzisiejszym zalewie głośnych historii naprawdę dużo znaczy.
Styl, narracja oraz sposób budowania historii zasługują na pełne uznanie. A ja już wiem jedno – to była literacka podróż, która zostaje gdzieś pod skórą.
Książka pt. „Przez milion burz” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło