Doceniam ogromnie kreatywność pisarza – nie tylko w wymyślaniu historii, ale w samym podejściu do tworzenia świata. Bo tu widać coś więcej niż wyobraźnię. Widać obsesję tworzenia spójności, logiki i głębi. I właśnie za tę konsekwencję, za tę niemal „rzemieślniczą” precyzję, ta książka zasługuje na szczególne miejsce. Dlatego bez wahania umieszczam ją na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Nie dlatego, że jest łatwa. Nie dlatego, że daje szybką satysfakcję. Ale dlatego, że jest czymś więcej niż lekturą – jest doświadczeniem.
„Natura Śródziemia” to książka, która nie próbuje udawać kolejnej klasycznej powieści. I dobrze, bo nie o to tu chodzi. To raczej wejście na zaplecze wielkiego świata, który większość z nas zna z „Hobbita” i „Władcy Pierścieni”, ale tym razem bez bohaterów w centrum, bez wielkich bitew i bez prostych odpowiedzi. Zamiast tego dostajemy coś znacznie bardziej intymnego – jakby ktoś uchylił drzwi do pracowni pisarza i pozwolił zajrzeć w stosy notatek, szkiców i myśli, które dopiero miały stać się legendą.
To moje kolejne spotkanie z twórczością Tolkiena i za każdym razem mam wrażenie, że ten człowiek nie tyle pisał historię, co budował cały żywy organizm. I „Natura Śródziemia” tylko to potwierdza – a może nawet wzmacnia to wrażenie do granic.
Już na początku trzeba powiedzieć jasno: to nie jest książka „do szybkiego czytania”. Ale paradoks polega na tym, że mimo swojej fragmentarycznej formy, wciąga jak dobra opowieść. Bo Tolkien nawet w szkicach potrafił budować coś, co elektryzuje czytelnicze emocje. Nawet jeśli mówimy o opisach rzek Gondoru, struktury władzy Valarów czy rozważaniach o nieśmiertelności elfów – to wszystko ma w sobie dziwną, trudną do uchwycenia magię.
Carl F. Hostetter wykonał tu pracę, która przypomina bardziej archeologię niż redakcję. Zamiast wygładzić tekst i zrobić z niego „ładną książkę”, pozwolił mu pozostać wielowarstwowym. Dzięki temu czytelnik ma wrażenie, że faktycznie zagląda przez ramię Tolkienowi w momencie, gdy ten dopiero odkrywał własny świat. I to jest największa siła tego tomu – autentyczność procesu tworzenia.
Nie znajdziemy tu jednej, linearnej historii. To raczej zbiór myśli, idei, wariantów i prób odpowiedzi na pytania, które w klasycznych powieściach pozostają w tle. Skąd bierze się natura elfów? Dlaczego świat działa tak, a nie inaczej? Jak wygląda geografia krain, które wcześniej były tylko nazwami na mapie? I – co może najbardziej zaskakujące – kto w Śródziemiu nosi brody i dlaczego w ogóle jest to warte rozważenia?
Czytając, miałem momenty, w których łapałem się na tym, że przestaję myśleć o „fabule”, a zaczynam traktować ten świat jak coś realnego. I to jest coś, co Tolkien robił jak mało kto – budował wrażenie, że jego świat istnieje niezależnie od tego, czy ktoś go czyta, czy nie.
Styl tej książki jest inny niż w „klasycznych” powieściach, ale nadal rozpoznawalny. Jest w nim pewna precyzja, ale też spokój. Nie ma tu pośpiechu, nie ma chaosu dla samego chaosu. Każdy fragment wydaje się być częścią większej układanki, nawet jeśli nie zawsze od razu widzimy, gdzie dokładnie pasuje. I właśnie dlatego „Natura Śródziemia” nie jest książką, którą się po prostu „zalicza”. To książka, do której się wraca. Czasem po to, żeby coś sprawdzić, czasem żeby zrozumieć lepiej inne teksty Tolkiena, a czasem po prostu po to, żeby jeszcze raz zanurzyć się w tej niezwykłej konsekwencji świata, który został dopracowany w najmniejszych szczegółach.
Doceniam ogromnie kreatywność pisarza – nie tylko w wymyślaniu historii, ale w samym podejściu do tworzenia świata. Bo tu widać coś więcej niż wyobraźnię. Widać obsesję tworzenia spójności, logiki i głębi. I właśnie za tę konsekwencję, za tę niemal „rzemieślniczą” precyzję, ta książka zasługuje na szczególne miejsce. Dlatego bez wahania umieszczam ją na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Nie dlatego, że jest łatwa. Nie dlatego, że daje szybką satysfakcję. Ale dlatego, że jest czymś więcej niż lekturą – jest doświadczeniem.
To książka, która nasyci apetyty wszystkich czytelników złaknionych wyjątkowych czytelniczych wrażeń. Ale trzeba być gotowym na to, że te wrażenia nie przychodzą w formie fajerwerków co kilka stron. One narastają powoli, jakby świat Śródziemia stopniowo zaczął przenikać do naszego własnego. I właśnie wtedy robi się najciekawiej. Bo nagle okazuje się, że nie czytamy już tylko o Śródziemiu. My w nim jesteśmy – choćby na chwilę, choćby przez fragment szkicu, przez jedno zdanie o rzece, która ma własną historię, albo o istocie, która istniała długo zanim pojawił się pierwszy bohater.
„Natura Śródziemia” nie domyka żadnej opowieści. Ona ją rozszerza. I robi to w sposób, który trudno porównać z czymkolwiek innym. To nie jest finał, to raczej kolejny poziom wtajemniczenia. I może właśnie dlatego ta książka zostaje w głowie na dłużej, niż niejedna „pełnoprawna” powieść.
Książka pt. „Natura Śródziemia” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka

