Jestem zachwycony sposobem stworzenia tej historii i zapisania jej na papier. Naprawdę. Bo to nie jest tylko seria wydarzeń. To opowieść pulsująca rytmem przygody, pełna obrazów, które same pojawiają się w głowie. Ciemna materia, asteroidy, białe karły, czarne dziury – wszystko to podane w sposób przystępny, barwny, atrakcyjny i absolutnie magiczny. A przy tym książka nie gubi tego, co najważniejsze – serca.
Wystarczy jeden rzut oka na okładkę, by poczuć, że za chwilę nastąpi start wyobraźni. Silniki emocji zaczynają pracować, serce wchodzi w stan nieważkości, a codzienność zostaje daleko w tyle niczym mała planeta widziana z pokładu rakiety. Są książki, które czyta się wygodnie w fotelu, ale bywają też takie, które porywają czytelnika w międzygwiezdną podróż pełną śmiechu, zachwytu i tej bezcennej dziecięcej wiary, że wszystko jest możliwe. „Skarpetki kontra nicość, czyli kosmiczna misja otulistópek” Justyny Bednarek to właśnie taka literacka galaktyka. Książka, która nie tylko otwiera się przed czytelnikiem, ale wciąga go z siłą najpiękniejszej czarnej dziury wyobraźni. Już po kilku stronach czuje się, że wraca się do miejsca, gdzie fantazja nie zna granic, a zwyczajna skarpetka może stać się bohaterką misji większej niż cały wszechświat.
To moje kolejne spotkanie z autorką i światem, do którego zaprasza czytelnika. I powiem Wam jedno – za każdym razem wchodzę do tego świata z ogromną przyjemnością, a wychodzę bogatszy o emocje, uśmiech i przekonanie, że literatura dziecięca potrafi być mądrzejsza, głębsza i bardziej poruszająca niż niejeden „dorosły” tytuł.
Bo Justyna Bednarek nie pisze zwykłych książek. Ona tworzy przestrzenie, do których chce się wracać. Światy utkane z czułości, humoru, wyobraźni i tej niezwykłej umiejętności patrzenia na codzienność w sposób absolutnie niecodzienny. Kto bowiem z nas spojrzał kiedyś na skarpetkę i pomyślał: „To materiał na wielką międzygalaktyczną opowieść”? No właśnie. A autorka spojrzała. I zrobiła z tego literacki kosmos.
Tym razem alarm rozbrzmiewa naprawdę daleko – aż w przestrzeni międzygwiezdnej. Królewski doradca, pasiasta skarpetka, utknął na planecie Nicość. Już sam pomysł tej planety jest genialny. Nicość. Miejsce, w którym można zniknąć nie tylko fizycznie, ale również z pamięci, ze wspomnień, z opowieści. Czy można bardziej metaforycznie opowiedzieć o samotności, zapomnieniu, lęku przed byciem nieważnym? I właśnie za to kocham takie książki. Pod warstwą fantastycznej przygody kryją się emocje prawdziwe jak bicie serca. Strach przed utratą. Potrzeba bliskości. Siła przyjaźni. Wiara, że jeśli ktoś o nas pamięta, jeśli ktoś nas kocha, to nie znikniemy. Ratunek może przynieść tylko grupa wiernych przyjaciół. I ruszają. A jak ruszają, to z rozmachem! Rakieta-sandał? Jest. Kalesony taty? Są. Marynarskie skarpetki? Obecne. Mysia mama z córką? Meldują gotowość. Żółty beret? Oczywiście. Skarpetkoludek jako dowódca? Proszę bardzo!
Czytałem tę historię z bananem na twarzy. Serio. Bo tu wszystko jest tak pomysłowe, tak pełne wdzięku i tak pięknie absurdalne, że człowiek momentami zazdrości dzieciom, że mogą wejść w tę opowieść bez żadnych hamulców. Choć prawda jest taka, że dorosły też może. Wystarczy zostawić na chwilę powagę przy drzwiach.
Autorka ma niesamowity dar pisania lekko, ale nigdy płytko. Bawi, ale nie infantylizuje. Rozśmiesza, ale nie ucieka od ważnych tematów. To ogromna sztuka pisać dla młodego czytelnika tak, by traktować go serio. Justyna Bednarek tę sztukę opanowała do perfekcji.
Jestem zachwycony sposobem stworzenia tej historii i zapisania jej na papier. Naprawdę. Bo to nie jest tylko seria wydarzeń. To opowieść pulsująca rytmem przygody, pełna obrazów, które same pojawiają się w głowie. Ciemna materia, asteroidy, białe karły, czarne dziury – wszystko to podane w sposób przystępny, barwny, atrakcyjny i absolutnie magiczny. A przy tym książka nie gubi tego, co najważniejsze – serca.
Bo centrum tej historii nie jest kosmos. Centrum tej historii jest relacja. Przyjaźń. Wspólnota. Gotowość, by ruszyć przez wszechświat po kogoś, kto potrzebuje pomocy. Czy to nie piękne?
Uwielbiam takie momenty, kiedy podczas lektury łapię się na tym, że uśmiecham się sam do siebie. Tu miałem ich wiele. Ale były też chwile wzruszenia. Chwile zatrzymania. Chwile, kiedy pomyślałem, że dzieci dostają do rąk książkę nie tylko zabawną, ale też niezwykle wartościową. I znów wracam do fenomenu autorki. Jak ona to robi, że ze skarpetek tworzy bohaterów z krwi i... bawełny? Jak sprawia, że kibicujemy pasiastym, marynarskim, zagubionym, odważnym? Jak to możliwe, że zwykły element garderoby zamienia się w symbol odwagi, lojalności i nadziei? To właśnie magia pisania.
Dzięki autorce skarpetki to nie tylko nakrycie, okrycie stóp, lecz również czytelnicza przygoda, do której warto wkroczyć. I mówię to całkowicie serio. Po tej książce już nigdy nie spojrzycie na skarpetki tak samo.
Ogromnym atutem tej historii jest też tempo. Tu nie ma nudy. Co chwila coś się dzieje, coś zaskakuje, coś skręca w nowym kierunku. A jednocześnie nie jest to chaos. Wszystko ma swój rytm, sens i prowadzi czytelnika przez tę niezwykłą podróż z lekkością godną najlepszych przewodników po wyobraźni.
To książka idealna do wspólnego czytania. Rodzic z dzieckiem. Dziadkowie z wnukami. Starsze rodzeństwo z młodszym. Ale też idealna dla każdego dorosłego, który chce przypomnieć sobie, jak wygląda świat, gdy jeszcze wierzyło się, że sandał może być rakietą. A może nadal może?
Dla mnie ta książka zdobywa należne miejsce na półce NIK – Najlepszej Interesującej Książki. Bez cienia wątpliwości. Za pomysł. Za serce. Za humor. Za mądrość ukrytą pod miękką tkaniną przygody. Za to, że literatura dziecięca znów pokazała swoją wielką moc.
Jeśli szukacie książki, która rozbawi, poruszy, rozpali wyobraźnię i zostawi po sobie ciepły ślad – sięgnijcie po ten tytuł. A potem spójrzcie do szuflady ze skarpetkami. Kto wie, może właśnie szykują się do kolejnej misji.
Książka pt. „Skarpetki kontra nicość, czyli kosmiczna misja otulistópek” ukazała się nakładem Wydawnictwa Poradnia K.

