Czytałem „Dwie wieże” z poczuciem, że jestem świadkiem czegoś większego niż klasyczna powieść fantasy. To nie jest tylko środkowy tom trylogii – to most emocji, napięcia i narastającej ciemności, który prowadzi w stronę finału, ale sam w sobie jest kompletnym doświadczeniem.
"Dwie wieże" to książka, która nie tyle kontynuuje historię, co rozrywa ją na dwa światy i każe czytelnikowi biegać między nimi z bijącym sercem. To druga część cyklu „Władca Pierścieni” – i jednocześnie moment, w którym wszystko zaczyna się robić bardziej niebezpieczne, bardziej mroczne i… dziwnie bardziej fascynujące.
To moje drugie spotkanie z twórczością J.R.R. Tolkiena i już mogę powiedzieć jedno: ten człowiek nie pisał historii – on je budował. Cegła po cegle, scena po scenie, aż powstał świat, który oddycha własnym rytmem. I właśnie w „Dwóch wieżach” widać to najlepiej – kiedy Bractwo się rozpada, Tolkien nie traci kontroli nad opowieścią. On ją multiplikuje, rozszczepia i prowadzi równolegle w kilku kierunkach, a mimo to wszystko trzyma się w zadziwiającej harmonii.
To nie jest książka, którą się „czyta dla fabuły”. Oczywiście, fabuła jest – i to jaka! Po śmierci Boromira i rozdzieleniu drużyny zaczyna się historia pełna napięcia, niepewności i ciągłego poczucia, że coś wielkiego właśnie się przesuwa na planszy świata. Merry i Pippin trafiają w wir wydarzeń, który zmienia ich z zagubionych hobbitów w świadków historii większej niż oni sami. Aragorn, Legolas i Gimli ruszają tropem porwanych towarzyszy, a Frodo i Sam wyruszają w podróż, która ma w sobie coś z ciszy przed burzą – tyle że ta burza już się rodzi gdzieś w oddali. I właśnie tutaj doceniam najbardziej kreatywność autora.
J.R.R. Tolkien nie idzie na łatwiznę. Nie trzyma wszystkich bohaterów w jednym miejscu, nie prowadzi ich „za rękę” przez bezpieczną narrację. On rozdziela emocje, rozciąga napięcie, każe czytelnikowi żyć w kilku równoległych liniach historii. To sprawia, że „Dwie wieże” elektryzują. Dosłownie. Bo co chwilę zostawiasz jedną scenę w momencie, gdy coś się wydarza, i przechodzisz do innej, równie intensywnej. A potem wracasz – i jesteś już innym czytelnikiem.
Styl Tolkiena w tej części zasługuje na osobne uznanie. On nie tylko opowiada – on maluje słowem. Opisy krajobrazów nie są tłem. One są uczestnikami wydarzeń. Rohan nie jest „krainą koni”, tylko przestrzenią wolności i surowości, która oddycha wiatrem i historią. Mordor nie jest „złym miejscem” – to fizyczna obecność lęku, który wciska się w myśli bohaterów i czytelnika jednocześnie. To literatura, która działa na wyobraźnię z pełną mocą, bez kompromisów. A jednak to, co najbardziej mnie uderza, to emocje. Bo mimo całej epickości, bitew, podróży i politycznych napięć, ta książka jest bardzo ludzka. Frodo, który coraz bardziej ugina się pod ciężarem Pierścienia, Sam, który jest jak cichy fundament wszystkiego, Aragorn, który dojrzewa do roli, od której nie ma odwrotu – to wszystko sprawia, że historia nie jest tylko przygodą. Jest doświadczeniem.
Nie mogę też nie wspomnieć o tym, jak Tolkien buduje napięcie. On nie potrzebuje fajerwerków. Wystarczy rozmowa przy ognisku, cień w oddali, jedno spojrzenie postaci, żeby czytelnik czuł, że coś nadchodzi. I to „coś” jest zawsze większe niż scena, w której aktualnie się znajdujemy. To bardzo rzadki rodzaj narracyjnej pewności – autor wie, dokąd idzie, ale pozwala czytelnikowi zgubić się po drodze na tyle, by każda scena była odkryciem.
Czytałem „Dwie wieże” z poczuciem, że jestem świadkiem czegoś większego niż klasyczna powieść fantasy. To nie jest tylko środkowy tom trylogii – to most emocji, napięcia i narastającej ciemności, który prowadzi w stronę finału, ale sam w sobie jest kompletnym doświadczeniem. I właśnie za tę kreatywność, za odwagę w rozbijaniu narracji, za umiejętność utrzymania napięcia na wielu poziomach jednocześnie – doceniam Tolkiena jako pisarza.
Styl, narracja oraz sposób budowania historii zasługują na pełne uznanie. To literatura, która nie starzeje się, bo nie opiera się na trendach, tylko na emocjach i konstrukcji świata, który jest spójny od pierwszej do ostatniej strony. Dlatego ta książka trafia przeze mnie na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. I robi to bez wahania. Bo to nie jest tylko klasyka. To jest opowieść, która wciąż potrafi zaskakiwać, nawet jeśli zna się jej zakończenie.
„Dwie wieże” to książka, która nasyci apetyty wszystkich czytelników złaknionych wyjątkowych czytelniczych wrażeń. I zrobi to w sposób, który nie krzyczy, nie epatuje – tylko konsekwentnie buduje świat, od którego trudno się oderwać. A kiedy już się oderwiesz… masz wrażenie, że coś w tobie zostało tam na zawsze.
Książka pt. „Dwie wieże” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka

