Są takie komiksy, które nie pytają czy jesteś gotowy – one po prostu wyskakują z cienia i od razu chwytają cię za gardło. „Przeznaczenie X. Wolverine. Tom 3” należy właśnie do tej kategorii. To nie jest spokojna przejażdżka po wyspie Krakoi. To raczej jazda bez trzymanki po kruchych fundamentach mutanckiej utopii, w której coś bardzo wyraźnie zaczyna się sypać. I to nie drobny pył – tylko cały system wartości.
Benjamin Percy dokłada tu kolejny rozdział do historii Logana, w której pazury nie są już tylko narzędziem walki, ale też symbolem zmęczenia, frustracji i czegoś na kształt moralnego kaca. Wolverine ma dość. I trudno mu się dziwić, bo kiedy przeciwnikiem staje się nie tylko zewnętrzny świat, ale też naukowe ambicje sojuszników, granica między „obroną” a „eksperymentem” zaczyna się niebezpiecznie zacierać. A gdy Beast postanawia, że bezpieczeństwo Krakoi wymaga radykalnych środków, robi się naprawdę nieprzyjemnie.
Bo Beast w tym tomie to już nie tylko genialny umysł. To ktoś, kto przestał zadawać pytania „czy wypada”, a zaczął pytać „czy działa”. A kiedy logika wygrywa z empatią, rodzi się coś, co przypomina naukową tyranię w białych rękawiczkach. I w tym miejscu Logan staje się ostatnią przeszkodą. Problem w tym, że nie jest już pewien, czy w ogóle ktoś go jeszcze słucha.
A jeśli ktoś myślał, że Wolverine nie może być bardziej Wolverine’em, to Percy mówi: „potrzymaj mi piwo”. Bo tutaj mamy Logana w trybie pełnej konfrontacji – bez kompromisów, bez polityki, bez dyplomacji. Są tylko pazury, instynkt i bardzo proste pytanie: ile razy można kogoś sklonować, zanim przestanie być „kimś”, a stanie się „czymś”? Motyw klonów Logana nie jest tylko efektownym dodatkiem – to rdzeń całego konfliktu, który uderza w tożsamość, w człowieczeństwo i w granice etyki, o których w Krakoi coraz częściej zapomina się w imię „większego dobra”.
Narracyjnie to komiks gęsty, momentami wręcz duszny. Nie daje wiele czasu na oddech, bo też i świat, który pokazuje, nie ma już luksusu pauzy. Każda decyzja ma konsekwencje, a każda konsekwencja dokłada kolejny kamień do rozpadającej się konstrukcji mutanckiego marzenia. I choć można mieć wrażenie, że chaos momentami przytłacza, to właśnie w tym chaosie kryje się sens tej historii.
A teraz przejdźmy do rzeczy, o której nie da się nie mówić – warstwy graficznej. Juan José Ryp robi tu absolutną robotę na poziomie, który można opisać tylko jednym słowem: intensywność. I to taka, która nie odpuszcza nawet na sekundę. Kadry są pełne detalu, mięsa narracyjnego i wizualnego napięcia. Czasem aż trudno uwierzyć, jak dużo informacji upchnięto w pojedynczych planszach, a jednocześnie nic nie sprawia wrażenia chaosu dla samego chaosu. To nie jest ładne w klasycznym sensie. To jest brudne, ostre, niepokojące – i dokładnie takie ma być. Krew, metal, ciało i technologia mieszają się tu w sposób, który nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. Rysunki nie dekorują historii – one ją wręcz wykrzykują. I robią to z taką siłą, że momentami można zapomnieć o tekście, bo obraz sam w sobie opowiada własną, równoległą narrację.
W mojej czyt-NIKowej biblioteczce ten tom zajmuje miejsce szczególne. Nie tylko dlatego, że rozwija ważne wątki z „Przeznaczenia X”, ale też dlatego, że pokazuje, jak cienka jest granica między utopią a kontrolą. I jak szybko ideały mogą stać się narzędziem nacisku. Dlatego z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć: „Przeznaczenie X. Wolverine. Tom 3” zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. To nie jest tylko kolejny tom superbohaterskiej serii. To cegła w murze większej opowieści, która coraz wyraźniej pokazuje swoje pęknięcia – i właśnie w tych pęknięciach robi się najciekawiej.
Na koniec zostaje jeszcze jedno wrażenie: zmęczony Logan, który nie walczy już o zwycięstwo, tylko o sens. I to chyba najbardziej ludzki Wolverine, jaki mógł się w tej historii wydarzyć.
Komiks „Przeznaczenie X. Wolverine. Tom 3” dostępny jest na stronie Egmont
\

