Jeśli miałbym wskazać jedną rzecz, która zostaje po lekturze, to nie będzie to pojedyncza scena ani konkretny zwrot akcji. Zostaje raczej klimat. To uczucie, że historia nie jest czymś odległym, zamkniętym w podręcznikach, tylko czymś, co kiedyś działo się obok zwykłych ludzi — takich jak Felicja. I może właśnie dlatego „Miłość i odwaga” działa tak dobrze — bo przypomina, że wielkie wydarzenia zawsze składają się z małych, bardzo ludzkich decyzji.
Zdarza się, że historia nie potrzebuje wielkiego rozbiegu, żeby złapać uwagę czytelnika — wystarczy kilka stron, żeby poczuć, że wchodzimy w świat, który ma coś ważnego do powiedzenia. Tak właśnie działa Miłość i odwaga. I od razu mogę powiedzieć jedno: ta książka zdobywa moje czytelnicze uznanie. Bez zawahania, bez dystansu. I już teraz trafia tam, gdzie jej miejsce — na półkę NIK, czyli Najlepszych Interesujących Książek.
Poznań 1918–1919 nie jest tu tylko datą i miejscem. To przestrzeń napięcia, niepokoju i cichego drżenia powietrza, które zapowiada zmianę. I w tym wszystkim poznajemy Felicję Wolińską — młodą kobietę, która dorasta w świecie jasno poukładanych ról. Dom, w którym kobieta ma wiedzieć, gdzie jej miejsce. Matka, która nie patrzy łaskawie na marzenia o wolności, emancypacji czy samodzielności. I historia, która właśnie zaczyna te role rozsadzać od środka. Felicja nie jest jednak bohaterką zrobioną z papieru. Nie ma w niej przesadnego patosu ani literackiej sztuczności. Ona jest „z życia”. Taka, którą można by minąć na ulicy Poznania i nawet nie wiedzieć, że w jej głowie właśnie toczy się walka większa niż ta na frontach. Bo wojna w tej książce nie kończy się na podpisaniu rozejmu. Ona dopiero zmienia formę.
Wojna nie jest tu dekoracją. Jest doświadczeniem, które wchodzi w codzienność: do dworcowej jadłodajni, do rozmów przy stole, do spojrzeń rzucanych ukradkiem. Felicja zaczyna od pomocy żołnierzom, od prostych gestów, od noszenia jedzenia i słuchania historii ludzi, którzy wracają z frontu. Ale bardzo szybko okazuje się, że w takich drobnych działaniach rodzi się coś większego. Coś, co nazywa się odpowiedzialnością. A potem odwagą.
Aneta Krasińska prowadzi tę przemianę bardzo spokojnie, bez gwałtownych skoków i tanich fajerwerków. I dobrze. Bo dzięki temu czytelnik ma wrażenie, że naprawdę patrzy, jak młoda dziewczyna dojrzewa do decyzji, które zmienią nie tylko jej życie, ale też jej sposób patrzenia na świat.
W pewnym momencie Felicja trafia do grupy zajmującej się renowacją broni dla przyszłych powstańców. I tu historia nabiera innego rytmu. Już nie tylko opieka, nie tylko pomoc, ale też ryzyko, konspiracja i coś, co można nazwać pierwszym zetknięciem z realnym ciężarem historii. To nie są decyzje podejmowane w książkowej próżni. Tu każdy wybór ma swoją cenę.
I właśnie w tym miejscu „Miłość i odwaga” zaczyna grać na dwóch nutach jednocześnie. Z jednej strony mamy historię o dojrzewaniu do wolności — tej narodowej i tej osobistej. Z drugiej strony mamy historię o uczuciach, które nie pytają o pozwolenie ani o moment. Bo gdzieś pomiędzy kolejnymi zadaniami, spotkaniami i ryzykownymi działaniami pojawia się także miłość. Nie jako bajka. Raczej jako coś niepewnego, delikatnego, wystawionego na próbę. I dobrze, że ta miłość nie jest tu „na pierwszym planie krzyczącym neonem”. Ona raczej przecieka między zdaniami. Jest spojrzeniem dłuższym niż wypada. Jest zawahaniem. Jest decyzją, której nie da się cofnąć. I to sprawia, że nie brzmi sztucznie.
Czy Felicja poradzi sobie z tym wszystkim? Czy odnajdzie się w roli, która nagle zaczyna od niej wymagać więcej, niż kiedykolwiek zakładała? I czy w świecie, który dopiero próbuje stanąć na nogi po wojnie, jest miejsce na coś tak kruchego jak uczucie?
Nie będę udawał, że ta książka odkrywa literacką Amerykę. Ona nie próbuje rewolucjonizować gatunku. Ale też nie musi. Jej siła jest gdzie indziej — w konsekwencji, w spokojnym prowadzeniu historii i w tym, że emocje nie są tu dekoracją, tylko fundamentem.
Momentami można odnieść wrażenie, że ta opowieść bardziej „płynie” niż „biegnie”. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych może odrobina spowolnienia. Ja jestem zdecydowanie po stronie pierwszej grupy. Bo dzięki temu świat Felicji ma czas, żeby się w nas osadzić.
Szczególnie dobrze wypada tło historyczne — nie jako wykład, nie jako podręcznik, ale jako żywa tkanka wydarzeń. Czuć napięcie Wielkopolski, czuć oczekiwanie, czuć tę specyficzną mieszankę nadziei i niepewności, która musi towarzyszyć momentom przełomowym. I to jest coś, co sprawia, że książka działa również na poziomie emocji zbiorowych, nie tylko indywidualnych.
Nie sposób też nie docenić samej konstrukcji bohaterki. Felicja nie jest „idealna”. Ma swoje lęki, swoje wahania, swoje ograniczenia. I właśnie dlatego się jej kibicuje. Bo nie jest symbolem. Jest człowiekiem.
Jeśli miałbym wskazać jedną rzecz, która zostaje po lekturze, to nie będzie to pojedyncza scena ani konkretny zwrot akcji. Zostaje raczej klimat. To uczucie, że historia nie jest czymś odległym, zamkniętym w podręcznikach, tylko czymś, co kiedyś działo się obok zwykłych ludzi — takich jak Felicja. I może właśnie dlatego „Miłość i odwaga” działa tak dobrze — bo przypomina, że wielkie wydarzenia zawsze składają się z małych, bardzo ludzkich decyzji.
Zamykając książkę, miałem wrażenie, że to nie była tylko opowieść o przeszłości. To była opowieść o tym, jak rodzi się sprawczość. Jak człowiek zaczyna rozumieć, że może więcej, niż mu wcześniej powiedziano. I tak — ta książka zdobywa moje czytelnicze uznanie. Nie przez efekt „wow”. Nie przez literackie fajerwerki. Tylko przez uczciwość opowieści i emocjonalną konsekwencję. Dlatego bez wahania trafia na półkę NIK — Najlepszych Interesujących Książek. Obok tych historii, które nie potrzebują krzyczeć, żeby zostać usłyszane.
Książka pt. "Miłość i odwaga" ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło

