Czytałem tę książkę momentami bardzo wolno, nie dlatego, że była trudna, ale dlatego, że nie chciałem jej przyspieszać. Są takie fragmenty, które działają jak zatrzymanie kadru – nie dlatego, że coś się spektakularnie dzieje, ale dlatego, że wszystko w środku czytelnika nagle zaczyna pracować. Jakby ta historia nie tylko się czytała, ale też czytała mnie.
Niektóre historie czyta się i odkłada bez większego echa. Inne zostają z człowiekiem jak zapach deszczu w płaszczu – niby niewidoczne, a jednak ciągle obecne, przypominające o sobie w najmniej oczekiwanych momentach. „Samotność Sonii i Sunny’ego” Kirana Desai zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To nie jest lektura „na raz”. To opowieść, która rozkłada się w czytelniku powoli, warstwa po warstwie, aż w końcu orientujesz się, że już w niej mieszkasz.
I powiem od razu, bez zbędnych ceregieli: ta powieść zdobywa moje czytelnicze uznanie. Nie takie grzeczne, uprzejme „podobało mi się”. Nie. To jest ten rodzaj uznania, które przychodzi z lekkim osłupieniem i myślą: „jak ona to zrobiła?”. I dokładnie dlatego „Samotność Sonii i Sunny’ego” znajduje należne miejsce na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek.
Zaczyna się niewinnie. Nocny pociąg. Dwójka ludzi, którzy jeszcze nic o sobie nie wiedzą. Sonia i Sunny patrzą na siebie po raz pierwszy w przestrzeni zawieszonej między jedną stacją a drugą, między tym, co było, a tym, co dopiero może się wydarzyć. Jest w tym coś filmowego, ale jednocześnie bardzo cichego, bardzo intymnego. Nie ma tu wielkich deklaracji ani fajerwerków. Jest spojrzenie, drobny gest, rytm kół uderzających o tory i to dziwne uczucie, że coś właśnie zaczyna się dziać, choć nikt jeszcze nie nazwał tego „początkiem”. I to jest pierwszy moment, w którym ta książka robi coś niezwykłego – nie narzuca emocji, tylko pozwala im się wydarzyć.
Sonia, młoda pisarka, wraca z Ameryki do Indii. Nie wraca jednak jak ktoś, kto wraca „do domu”. Bardziej jak ktoś, kto próbuje odzyskać siebie, choć nie do końca wie, gdzie ją zgubił. W jej historii jest zmęczenie, twórczy impas i coś jeszcze – delikatne pęknięcie, którego nie widać na pierwszy rzut oka, ale które wpływa na każdy jej ruch.
Sunny z kolei żyje w Nowym Jorku, ale nie wygląda na kogoś, kto tam naprawdę mieszka. Raczej na kogoś, kto jest tam chwilowo, mentalnie spakowany, emocjonalnie w drodze. Ucieka przed rodziną, przed matką, przed oczekiwaniami, które są jak niewidzialna sieć – nie widać jej, ale trudno się z niej wydostać bez zadrapań. I kiedy ci dwoje się spotykają, nie dzieje się nic spektakularnego. A jednocześnie dzieje się wszystko.
Najbardziej uderza mnie w tej powieści to, jak Desai opowiada o samotności. Nie tej oczywistej, dramatycznej, filmowej. Tylko tej codziennej. Cichej. Takiej, która potrafi siedzieć obok człowieka w zatłoczonym metrze, przy rodzinnym stole, w środku rozmowy, która niby jest, ale jakby jej nie było. Sonia i Sunny są właśnie w takim stanie – otoczeni ludźmi, historiami, kulturami, a jednocześnie w środku jakoś osobno. I nie jest to samotność jednowymiarowa. Ona ma wiele twarzy: migracji, bycia „pomiędzy” krajami, językami, rolami. Bycia dzieckiem swojej rodziny, ale nie do końca sobą w tej roli. Bycia dorosłym, który jeszcze nie wie, jak się nim być naprawdę.
Czytałem tę książkę momentami bardzo wolno, nie dlatego, że była trudna, ale dlatego, że nie chciałem jej przyspieszać. Są takie fragmenty, które działają jak zatrzymanie kadru – nie dlatego, że coś się spektakularnie dzieje, ale dlatego, że wszystko w środku czytelnika nagle zaczyna pracować. Jakby ta historia nie tylko się czytała, ale też czytała mnie. Relacja Sonii i Sunny’ego rozwija się w sposób, który trudno zamknąć w prostym słowie „miłość”. To raczej coś pomiędzy rozpoznaniem a niedopowiedzeniem. Coś, co istnieje bardziej w napięciu niż w deklaracjach. W spojrzeniach, które trwają sekundę za długo. W myślach, które nie zawsze znajdują drogę do ust. I to jest piękne, bo ta książka nie udaje, że miłość jest prosta. Nie udaje też, że jest jedynym rozwiązaniem. Ona raczej pokazuje, że miłość może być pytaniem, a nie odpowiedzią.
Jednocześnie „Samotność Sonii i Sunny’ego” jest powieścią ogromną w swoim rozmachu, ale nie w sensie „epickości”, tylko w sensie ludzkiego doświadczenia. Migracje, tożsamość, rodzina, pamięć, klasa społeczna, rasa – wszystko to jest tu obecne, ale nie jako hasła, tylko jako tkanka życia. Nie ma tu wykładów, są ludzie. Nie ma teorii, są emocje, które czasem bolą, czasem uwierają, a czasem po prostu są trudne do nazwania. I właśnie dlatego ta książka działa tak mocno.
Czułem podczas lektury coś jeszcze – rzadkie poczucie, że autorka ma pełną kontrolę nad tym, co robi, ale jednocześnie nie zamyka historii w żadnej sztywnej formie. To jest opowieść, która oddycha. Która pozwala sobie na dygresje, na ciszę, na momenty pozornie „nicnierobienia”, które w rzeczywistości robią bardzo dużo. Nie jest to książka, którą się „pochłania” w sensie szybkiego konsumpcyjnego czytania. To raczej książka, którą się przeżywa. I która zostawia ślad. Nie dziwi mnie zupełnie, że mówi się o niej jako o jednym z najważniejszych literackich wydarzeń ostatnich lat, że pojawia się w zestawieniach najlepszych książek roku, że trafia na listy finalistów prestiżowych nagród. Ale jednocześnie mam wrażenie, że te wszystkie wyróżnienia są tylko zewnętrznym opisem czegoś, co i tak dzieje się niezależnie od rankingów – czyli spotkania czytelnika z historią, która jest po prostu dobra. Tak po ludzku dobra i ważna.
Dla mnie osobiście to też było pierwsze spotkanie z tym światem literackim i muszę przyznać, że nie było to spotkanie „na próbę”. To było raczej wejście drzwiami, które nagle okazały się prowadzić do całego domu, z wieloma pokojami, korytarzami, wspomnieniami i cieniami przeszłości. I nie chciałem z tego domu wychodzić.
Zamknąłem książkę z bardzo konkretną myślą: są historie, które nie kończą się na ostatniej stronie. One po prostu zmieniają sposób, w jaki patrzysz na inne historie. I dlatego – bez wahania – trafia na półkę NIK. Nie jako trofeum. Nie jako obowiązek. Ale jako jedna z tych książek, do których się wraca nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że się chce.
Książka pt. „Samotność Sonii i Sunny’ego” ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego

