Zacznę nietypowo jak na Czyt-NIK: ta książka nie ma obowiązku się podobać. Ona ma obowiązek działać. I działa. „W martwej ciszy” Marty Langowskiej to nie jest opowieść, którą odkłada się na stolik z myślą „ładne, poprawne, do zapomnienia”. To raczej taka historia, która zostawia drzazgi w głowie i każe wracać do scen, które wcale nie były najbardziej widowiskowe — tylko najbardziej niewygodne.
I tak, już teraz: książka zdobywa moje czytelnicze uznanie. Bez negocjacji. Bez „ale”. Ląduje też na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek, bo dokładnie tam jest jej miejsce: wśród rzeczy, które nie są grzeczne literacko. Dlatego też dodaję – Czyt-NIK poleca!!! Czyt-NIK patronuje!!!
Wiktor. Były policjant. Brzmi znajomo? Tyle że tu nie ma żadnej klasycznej historii o „drugiej szansie”. On nie zaczyna od nowa. On się odcina. Las, jezioro, chata. Minimalizm emocjonalny i maksymalizm milczenia. Tylko że Marta Langowska bardzo szybko pokazuje, że takie życie nie jest ukojeniem. To raczej zawieszenie wyroku. Bo Wiktor nie żyje spokojnie. On tylko próbuje nie słyszeć tego, co w nim siedzi. I kiedy już czytelnik myśli, że będzie to historia o samotniku i jego demonach, autorka robi mały, ale skuteczny skręt. Jedno zdarzenie, które psuje cały porządek
Strzał. Las. Ranna kobieta. Brzmi jak punkt wyjścia do klasycznego thrillera, ale tu nic nie idzie klasycznie. Bo ta kobieta nie jest „oczywistą ofiarą”. Nie wchodzi w rolę, którą znamy z dziesiątek innych historii. Nie tłumaczy się światu, nie prosi o interpretację. Ona po prostu jest. I to „bycie” zaczyna być problemem. Wiktor ratuje jej życie — i to powinien być moment, w którym robi się jaśniej. Tymczasem robi się ciemniej. Napięcie, które nie potrzebuje pościgów Nie ma tu spektakularnych akcji. Nie ma gonitw przez las co rozdział. Jest coś dużo bardziej niewygodnego: codzienność w jednym miejscu, gdzie każde zdanie waży za dużo. Chata przestaje być schronieniem. Staje się przestrzenią testową. Dla zaufania. Dla granic. Dla tego, jak długo można udawać, że wszystko jest „w porządku”. I to jest największy atut tej książki — ona nie buduje napięcia wydarzeniami, tylko obecnością ludzi w jednym zamkniętym świecie.
Tytuł nie jest dekoracją.Ta cisza naprawdę pracuje w tej książce. Ona nie „jest” — ona działa. Wypełnia przerwy między decyzjami. Rozciąga emocje. Zmienia sens rozmów, które z pozoru są zwykłe. I im dalej, tym bardziej zaczyna przypominać coś żywego. Coś, co nie tylko otacza bohaterów, ale też wpływa na ich wybory.
W pewnym momencie czytelnik orientuje się, że cisza nie uspokaja. Ona utrzymuje napięcie na stałym poziomie, tylko bez hałasu. Wiktor nie jest „tym dobrym po przejściach”. Kobieta nie jest „tajemniczą ofiarą”. I to jest bardzo świadoma decyzja konstrukcyjna. Bo Langowska nie daje czytelnikowi łatwych punktów zaczepienia. Zamiast tego dostajemy ludzi, którzy reagują, a nie „symbolizują”. Ich decyzje bywają sprzeczne, niejasne, czasem wręcz irytujące. Ale właśnie przez to są wiarygodne.
Jeśli ktoś szuka tu czystej rozrywki — może się zdziwić. To nie jest książka, która „leci fabułą”. Ona raczej stoi w miejscu i pozwala, żeby fabuła zaczęła działać w głowie czytelnika. Najciekawsze rzeczy dzieją się nie wtedy, kiedy coś się wydarza, tylko wtedy, kiedy czytelnik zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę widzi. I to jest ten moment, w którym „W martwej ciszy” przestaje być historią o zdarzeniu, a staje się historią o interpretacji zdarzenia. To nie jest książka, która głaszcze. Ona raczej testuje, jak długo czytelnik jest w stanie funkcjonować w niepewności. I robi to bez tanich sztuczek. Bez przesadnej brutalności. Bez epatowania szokiem. Zamiast tego daje coś trudniejszego: atmosferę, która nie pozwala się rozluźnić. Są książki, które się „ładnie czyta”. I są książki, które robią coś więcej — zostawiają po sobie lekkie rozchwianie.
„W martwej ciszy” należy do tej drugiej kategorii. Nie dlatego, że jest skomplikowana. Tylko dlatego, że jest konsekwentna w budowaniu niepewności. I to wystarczy, żeby została zapamiętana. Na koniec, bez ozdobników Nie będę tu udawał, że to literatura, która „każdemu się spodoba”. Nie jest. Ale jeśli ktoś lubi historie, które nie dają się zamknąć w prostym wniosku, to jest bardzo dobry trop.
„W martwej ciszy” Marty Langowskiej zdobywa moje czytelnicze uznanie w sposób spokojny, ale stanowczy. I dokładnie dlatego trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo dobre książki nie muszą być głośne. Wystarczy, że po ich przeczytaniu robi się… ciszej w głowie.
Książka pt. „W martwej ciszy” ukazała się nakładem Wydawnictwa Brda

