Ogromnym atutem tej książki jest klimat. Oslo nie jest tu tylko miastem – jest przestrzenią dojrzewania, tłem dla pierwszych randek, kłótni, samotnych spacerów. Czuć chłód powietrza, zapach mokrych ulic, ciężar zimowego nieba. A jednocześnie czuć młodzieńczą energię, która nie daje się tak łatwo stłumić „Beatlesi” to książka o dojrzewaniu, które boli. O braterstwie, które nie zawsze wytrzymuje próbę czasu. O muzyce, która potrafi ocalić – choć nie zawsze i nie każdego. I o tym, że młodość jest jednorazowa. Nie da się jej powtórzyć ani przewinąć jak kasety magnetofonowej.
Niektóre historie przyciągają nas intrygą. Inne – zatrzymują czymś znacznie głębszym. Nie chodzi w nich wyłącznie o to, co się wydarzy, ale o to, co wydarzy się w nas podczas czytania. To opowieści, które otwierają drzwi do dawno zamkniętych pokoi pamięci, budzą zapach pierwszej miłości, smak młodzieńczego buntu i dźwięk piosenek, które kiedyś były całym światem. Czytając je, nie śledzimy jedynie losów bohaterów – zaczynamy konfrontować się z własnymi wspomnieniami.
„Beatlesi” Larsa Saabye Christensena to właśnie taka książka. Nie krzyczy dramatyzmem, nie epatuje wielkimi zwrotami akcji. Ona działa ciszej, ale skuteczniej. Wciąga powoli, niemal niezauważalnie, aż nagle orientujesz się, że jesteś już częścią tej paczki z Oslo. Że razem z nimi słuchasz muzyki, przeżywasz pierwsze zauroczenia, wkurzasz się na rodziców i boisz się przyszłości. To powieść, którą odkłada się tylko po to, by po chwili do niej wrócić. Bo trudno rozstać się z bohaterami, którzy dojrzewają na naszych oczach – i w których odnajdujemy kawałek siebie.
Autorem tej historii jest Lars Saabye Christensen – pisarz, który tą powieścią zrobił prawdziwy literacki przełom i podbił serca czytelników daleko poza Norwegią. I wcale mnie to nie dziwi. Bo choć akcja rozgrywa się w Oslo, a bohaterowie dorastają w cieniu skandynawskiego chłodu, to emocje są tu uniwersalne jak pierwsza miłość i pierwszy zawód. Gunnar, Seb, Ola i Kim. Czterech chłopaków. Cztery temperamenty. Jedna przyjaźń, która wydaje się niezniszczalna. Ich życie odmierzają kolejne płyty The Beatles – od pierwszych, niewinnych hitów po bardziej dojrzałe i mroczniejsze brzmienia. Beatlemania nie jest tu tylko tłem. Ona jest rytmem serca tej powieści. Muzyka staje się językiem emocji, sposobem na wyrażenie tego, czego nie potrafi się jeszcze ubrać w słowa.
Christensen nie idealizuje młodości. Owszem, jest tu humor, są wygłupy. Ale obok tego jest też lęk przed dorosłością, przed rozczarowaniem, przed utratą tego, co wydawało się stałe. Chłopcy grają w piłkę, zakochują się, buntują przeciw rodzicom i nauczycielom, próbują być kimś więcej niż tylko „czyimś synem”. I popełniają błędy. Dużo błędów.
Najbardziej poruszyło mnie to, jak subtelnie autor pokazuje pęknięcia w przyjaźni. Nie ma tu wielkich dramatycznych deklaracji. Jest za to codzienność, która powoli, niemal niezauważalnie, zmienia relacje. Ktoś wybiera inną drogę. Ktoś zaczyna pić za dużo. Ktoś ucieka w marzenia. A ktoś inny zostaje, próbując poskładać rozsypujący się świat.
Lata sześćdziesiąte w tej powieści mają smak euforii. Świat stoi otworem, muzyka niesie obietnicę wolności, a przyszłość wydaje się jasna jak letni dzień. Ale potem przychodzą lata siedemdziesiąte – bardziej gorzkie, mniej kolorowe. Koniec niewinności nie następuje tu z hukiem. On przychodzi cicho. Jak piosenka, która zamiast refrenu przynosi ciszę.
Christensen pisze z ogromną czułością dla swoich bohaterów. Nie ocenia ich. Pozwala im być niedoskonałymi, zagubionymi, czasem irytującymi. Dzięki temu są prawdziwi. Czytając tę książkę, miałem wrażenie, że znam tych chłopaków. Że gdzieś obok mnie też dorastali tacy Gunnarowie i Sebowie – może bez winyli Beatlesów pod pachą, ale z podobnym zamętem w głowie i sercu.
Ogromnym atutem tej książki jest klimat. Oslo nie jest tu tylko miastem – jest przestrzenią dojrzewania, tłem dla pierwszych randek, kłótni, samotnych spacerów. Czuć chłód powietrza, zapach mokrych ulic, ciężar zimowego nieba. A jednocześnie czuć młodzieńczą energię, która nie daje się tak łatwo stłumić „Beatlesi” to książka o dojrzewaniu, które boli. O braterstwie, które nie zawsze wytrzymuje próbę czasu. O muzyce, która potrafi ocalić – choć nie zawsze i nie każdego. I o tym, że młodość jest jednorazowa. Nie da się jej powtórzyć ani przewinąć jak kasety magnetofonowej.
Czytałem tę powieść z mieszanką uśmiechu i melancholii. Uśmiechu – bo przypomniała mi, jak intensywne potrafią być pierwsze emocje. Melancholii – bo uświadomiła mi, że każda epoka ma swoją beatlemanię i swoje rozczarowanie. Dla mnie to było coś więcej niż literacka podróż do Norwegii sprzed kilku dekad. To była podróż w głąb własnych wspomnień. Dlatego bez wahania umieszczam tę książkę na zaszczytnej półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo to historia, która nie starzeje się razem z bohaterami. Ona dojrzewa razem z czytelnikiem.
Jeśli jeszcze nie znacie Gunnara i jego paczki – warto to zmienić. A potem włączyć jakąś starą piosenkę Beatlesów i dać się ponieść wspomnieniom. Nawet jeśli nigdy nie mieliście fryzury „na czwórkę z Liverpoolu”.
Książka pt. "Beatlesi" ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy

