...Nie chciałam „ładnego” zakończenia. Chciałam zakończenia uczciwego. Takiego, które zostawia czytelnika z emocją i pytaniem, a nie tylko z poczuciem, że wszystko zostało domknięte...
Czyt-NIK: "Floren” jest finałem Trylogii Berlińskiej – jak czuła się Pani, zamykając tę historię? Czy odczuwała Pani presję, by godnie pożegnać bohaterów i ich świat?L
Magdalena Parys: Zamknięcie tej historii było dla mnie bardziej doświadczeniem osobistym niż zawodowym. Ta trylogia powstawała przez wiele lat, w bardzo różnych momentach mojego życia, więc mam poczucie, że żegnam nie tylko bohaterów, ale też pewną wersję siebie.
Oczywiście była presja, ale nie taka z zewnątrz. Raczej wewnętrzna odpowiedzialność. Wiedziałam, że nie mogę tych postaci zostawić byle jak, zbyt długo mi towarzyszyły i zbyt intensywnie, trzeba je było więc pożegnać godnie :)) .
Nie chciałam „ładnego” zakończenia. Chciałam zakończenia uczciwego. Takiego, które zostawia czytelnika z emocją i pytaniem, a nie tylko z poczuciem, że wszystko zostało domknięte.
Czyt-NIK: Pani powieści polityka nie jest tylko tłem, lecz żywym organizmem. Jakie wyzwania wiążą się z łączeniem political fiction z literaturą piękną?
Magdalena Parys: Największym wyzwaniem jest zachowanie równowagi. Polityka bardzo łatwo może zdominować opowieść, stać się publicystyką albo komentarzem do bieżących wydarzeń.
A mnie zawsze interesuje człowiek. To, jak system wpływa na jego decyzje, lęki, wybory.
Dlatego political fiction traktuję raczej jako narzędzie niż temat sam w sobie. Ono ma budować napięcie, kontekst, wiarygodność świata , ale w centrum zawsze musi być historia konkretnych osób i związanych z nimi historycznych zdarzeń, w moim przypadku zawsze chodzi o źródło zła czyli II wojna światowa.
Drugim wyzwaniem jest czas. Rzeczywistość zmienia się dziś bardzo szybko, więc pisząc, trzeba być o krok dalej, nie opisywać tego, co już wszyscy widzą, tylko próbować uchwycić to, co dopiero się gdzieś tli. Ale to już kwestia intuicji a nie konkretnych zamierzeń.
Czyt-NIK: W Pani powieściach przeszłość często zderza się z teraźniejszością. Co najbardziej fascynuje Panią w tym motywie i dlaczego wraca do niego w swoich książkach?
Magdalena Parys: Fascynuje mnie to, że przeszłość nigdy tak naprawdę nie znika. Ona tylko zmienia formę.
Dobrze jest żyć w „tu i teraz” to nas ratuje.
Ale rzeczy, które nas kształtują, zaczęły się dużo wcześniej. Czasem kilkadziesiąt lat temu. A czasem, jak w „Florenie”, dwa tysiące lat temu.
Pisząc, próbuję te warstwy odsłaniać. Pokazywać, że to, co wydaje się przypadkiem albo nagłym wydarzeniem, bardzo często jest konsekwencją czegoś, co zostało przemilczane albo zapomniane.
Może dlatego do tego wracam, bo mam poczucie, że bez zrozumienia przeszłości nie jesteśmy w stanie zrozumieć teraźniejszości. Ani siebie.

