...W „Kiedy zgasną światła” bardzo zależało mi właśnie na pokazaniu tej subtelności. Starałam się uchwycić ją w scenach pełnych niedopowiedzeń, opisując emocje w sposób sensualny, delikatny i pełen czułości. Chciałam pokazać piękno rodzące się pomiędzy słowami - w chwilach, które łatwo przeoczyć, a które często znaczą najwięcej...
Czyt-NIK: Miłość między kobietami w książce „Kiedy zgasną światła” została pokazana z ogromną delikatnością i autentycznością. Dlaczego właśnie taki ton był dla Pani ważny?
Anna-Maria Bentley: Jestem niepoprawną romantyczką - myślę, że dlatego, iż od zawsze wierzyłam, że prawdziwe uczucia nie potrzebują rozgłosu. Najczęściej rodzą się w ciszy, pomiędzy spojrzeniami, gestami i słowami, których nigdy nie wypowiedziano na głos.
Pisząc „Kiedy zgasną światła”, nie chciałam opowiedzieć wyłącznie historii miłości między kobietami. Zależało mi przede wszystkim na pokazaniu emocji w taki sposób, aby ta historia pozostała z czytelnikiem na długo po zamknięciu książki. Aby potrafiła przebić się pod skórę i poruszyć coś głęboko w sercu i wracać do niego jeszcze długo później.
Chciałam napisać o tęsknocie, bliskości, pragnieniach i wyborach, które nie zawsze są łatwe. Bo wierzę, że nie tylko łatwe miłości są piękne. Czasem najpiękniejsze są właśnie te, które wystawiają nas na próbę, uczą odwagi, poświęcenia i pozwalania drugiej osobie odejść, nawet wtedy, gdy serce chciałoby zatrzymać ją na zawsze.
Delikatność tej relacji była dla mnie niezwykle ważna. Jej siła nie tkwi w wielkich deklaracjach, lecz w tym, co dzieje się pomiędzy nimi - w świetle Londynu odbijającym się w szybach, w fotografiach Ann, w obrazach Marii, w chwilach milczenia, które czasem mówią więcej niż -wyznania.
Najbardziej zależało mi jednak na tym, aby czytelnik nie miał poczucia, że czyta historię o kimś innym. Chciałam, żeby odnalazł w niej własne wspomnienia, własne tęsknoty i własne uczucia. Bo niezależnie od tego, kogo kochamy, emocje mają ten sam język. I to właśnie o nich jest ta książka.
Czyt-NIK: Motyw ciszy, niedopowiedzeń i spojrzeń ma ogromne znaczenie. Czy uważa Pani, że czasem to, co niewypowiedziane, znaczy najwięcej?
Anna-Maria Bentley: Tak… myślę, że bardzo często to właśnie rzeczy niewypowiedziane zostają z nami najdłużej. Wracamy do nich po latach, czasem zupełnie niespodziewanie - w przypadkowym wspomnieniu, znajomym zapachu, usłyszanej melodii czy jednym obrazie, który nagle przywołuje całą lawinę emocji.
Słowa są piękne, szczególnie te płynące prosto z serca. Sama kocham słowa i wierzę w ich moc. Ale czasem wystarczy jedno spojrzenie, które potrafi powiedzieć więcej niż cały dialog. Cisza między dwojgiem ludzi bywa przepełniona emocjami, których nie da się ubrać w język. Kiedy uczucia są naprawdę głębokie, człowiek często nie umie już mówić o nich wprost. Zostają wtedy gesty, obecność, sposób patrzenia na drugą osobę… i to szczególne napięcie, które odczuwa się nie tylko w sercu, ale w całym ciele.
W „Kiedy zgasną światła” bardzo zależało mi właśnie na pokazaniu tej subtelności. Starałam się uchwycić ją w scenach pełnych niedopowiedzeń, opisując emocje w sposób sensualny, delikatny i pełen czułości. Chciałam pokazać piękno rodzące się pomiędzy słowami - w chwilach, które łatwo przeoczyć, a które często znaczą najwięcej.
Marzyłam o tym, aby czytelnik nie miał poczucia, że jedynie obserwuje historię Ann i Marii z zewnątrz. Chciałam, aby usiadł obok nich w tej ciszy, poczuł ich niepewność, tęsknotę, bliskość i zaczął odczuwać wszystko to, czego one same nie potrafią wypowiedzieć.
Bo myślę, że najpiękniejsze historie miłosne nie krzyczą.
One dzieją się po cichu.
I właśnie dlatego zostają z nami na zawsze.
Czyt-NIK: Czy zależało Pani na tym, aby poprzez książkę „Kiedy zgasną światła” przełamać pewne schematy obecne w klasycznych romansach?
Anna-Maria Bentley: Tak… choć bardziej niż przełamywać schematy, chciałam po prostu pokazać miłość w sposób, który jest mi szczególnie bliski i prawdziwy emocjonalnie.
W wielu klasycznych romansach wszystko dzieje się bardzo szybko, bardzo głośno i bardzo intensywnie. A ja zawsze czułam, że najważniejsze rzeczy w głębokich relacjach rodzą się powoli - w spojrzeniach, w niedopowiedzeniach, w niepewności, w tęsknocie. Czasem w tej jednej chwili, w jednym spojrzeniu trwającym zaledwie dwie sekundy dłużej, niż powinno. W momencie, kiedy ktoś nagle zaczyna być dla nas całym światem, choć my sami jeszcze nie potrafimy tego nazwać.
Zależało mi również na pokazaniu kobiet nie jako idealnych bohaterek z romantycznej historii, ale jako ludzi pełnych wrażliwości, marzeń, lęków i emocjonalnych sprzeczności. Takich, które czasem są silne, a czasem kruche. Które kochają, wątpią, tęsknią i próbują odnaleźć własną drogę.

