Recenzje

Marsz, z którego nie da się zawrócić

Nie bez powodu mówi się, że Stephen King jest mistrzem opowiadania historii. „Wielki marsz” jest tego najlepszym dowodem. To książka, w której nie znajdziemy klasycznego horroru, a mimo to towarzyszy nam nieustanne poczucie zagrożenia. Strach nie wynika tu z nadprzyrodzonych zjawisk, ale z samej rzeczywistości — tej wykreowanej i tej, która niebezpiecznie przypomina naszą.

„Wielki marsz” to moje kolejne spotkanie z twórczością Stephena Kinga, tym razem piszącego jako Richard Bachman — i znów mam wrażenie, że wchodzę w literacki świat, który nie tylko się czyta, ale przede wszystkim przeżywa. „Wielki marsz” to książka, która wciąga, wdziera się do psychiki i zostaje tam na długo, zostawiając ślad, którego nie sposób wymazać.

Już sam punkt wyjścia jest niepokojący. Stu chłopców, jeden marsz, jedna zasada: iść. Bez zatrzymania, bez słabości, bez chwili zawahania. Nagroda? Życie. Kara? Śmierć. Proste, brutalne, pozbawione złudzeń. A jednak to, co na pierwszy rzut oka wydaje się jedynie dystopijną wizją, bardzo szybko zamienia się w coś znacznie głębszego — w opowieść o człowieku, jego granicach i tym, co kryje się pod powierzchnią codzienności.

King (a właściwie Bachman) udowadnia tutaj swój kunszt w sposób absolutnie bezdyskusyjny. Tworzy historię, której odkrywanie staje się literacką podróżą — nie tyle przez świat przedstawiony, co przez ludzką psychikę. Każdy krok bohaterów to kolejna warstwa emocji, kolejna myśl, kolejna refleksja. Czytelnik nie idzie obok nich. Czytelnik idzie razem z nimi. Czuje zmęczenie, strach, napięcie. Słyszy własne myśli odbijające się echem w rytmie kolejnych kroków. To właśnie w tej pozornej prostocie tkwi największa siła „Wielkiego marszu”. Bo przecież fabuła nie jest skomplikowana. Nie ma tu wielowątkowych intryg, nagłych zwrotów akcji czy spektakularnych scen. Jest droga. Jest tempo. Jest nieustanna presja. A jednak napięcie rośnie z każdą stroną, zaciska się wokół czytelnika jak pętla. To nie jest historia, którą się „śledzi”. To historia, którą się odczuwa — niemal fizycznie.

Autor z niezwykłą precyzją buduje relacje między bohaterami. W świecie, gdzie każdy jest potencjalnym zwycięzcą i jednocześnie skazanym, rodzą się przyjaźnie, które są równie kruche, co prawdziwe. Rozmowy chłopców — czasem banalne, czasem poruszające — stają się jednym z najważniejszych elementów tej opowieści. To w nich kryje się człowieczeństwo, które próbuje przetrwać w nieludzkich warunkach.

Nie sposób nie docenić kreatywności autora w stworzeniu tej historii. To nie jest tylko dystopia. To alegoria. To opowieść o społeczeństwie, które potrzebuje spektaklu, o mechanizmach władzy, o bezwzględności systemu. Ale przede wszystkim to opowieść o człowieku — o jego sile, słabości, nadziei i desperacji. O tym, jak cienka jest granica między wytrzymałością a załamaniem.

Podczas lektury wielokrotnie łapałem się na tym, że próbuję odpowiedzieć sobie na jedno, bardzo niewygodne pytanie: jak długo ja bym wytrzymał? I czy w ogóle chodzi o fizyczną wytrzymałość? A może o coś znacznie bardziej skomplikowanego — o psychikę, o wolę przetrwania, o sens dalszego kroku? „Wielki marsz” działa właśnie na tym poziomie. Nie daje odpowiedzi. Zmusza do zadawania pytań. I to takich, które nie znikają po zamknięciu książki. Bo ta powieść nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Ona zostaje. Wraca w najmniej oczekiwanych momentach. Przypomina o sobie wtedy, gdy wydaje się, że już dawno została odłożona na półkę.

Styl Kinga w tej książce jest surowy, oszczędny, ale jednocześnie niezwykle sugestywny. Nie ma tu zbędnych ozdobników. Każde zdanie ma swoje miejsce i znaczenie. Narracja prowadzona jest w sposób, który potęguje wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach. Czytelnik nie jest obserwatorem — jest uczestnikiem tego marszu. To właśnie ten styl sprawia, że historia tak głęboko wdziera się do naszej psychiki. Nie atakuje nagłymi zwrotami akcji. Nie epatuje tanim dramatyzmem. Zamiast tego buduje napięcie powoli, konsekwentnie, nieubłaganie. I kiedy już wciągnie nas całkowicie, nie ma odwrotu.

Nie bez powodu mówi się, że Stephen King jest mistrzem opowiadania historii. „Wielki marsz” jest tego najlepszym dowodem. To książka, w której nie znajdziemy klasycznego horroru, a mimo to towarzyszy nam nieustanne poczucie zagrożenia. Strach nie wynika tu z nadprzyrodzonych zjawisk, ale z samej rzeczywistości — tej wykreowanej i tej, która niebezpiecznie przypomina naszą.

To również jedna z tych powieści, które redefiniują pojęcie „rywalizacji”. Bo tutaj nie chodzi o zwycięstwo w klasycznym sensie. Tutaj chodzi o przetrwanie. O kolejny krok. O kolejną minutę. I może właśnie dlatego ta historia jest tak przejmująca — bo pokazuje, jak niewiele potrzeba, by sprowadzić człowieka do najbardziej podstawowych instynktów.

Nie mam wątpliwości, że „Wielki marsz” zasługuje na szczególne miejsce wśród przeczytanych przeze mnie książek. To lektura, która nie tylko angażuje, ale też zostawia po sobie coś więcej — emocjonalny ślad, który pozostaje w czytelniczej psychice na długo. Dlatego bez wahania umieszczam tę powieść na półce NIK — Najlepszych Interesujących Książek. To tytuł, który nie tylko wzbogaca czyt-NIKową biblioteczkę, ale też przypomina, czym naprawdę może być literatura. Nie tylko rozrywką. Nie tylko historią. Ale doświadczeniem. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji wyruszyć w ten marsz — przygotujcie się. To droga, z której nie da się zawrócić.

Książka pt. „Wielki marsz” ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…