Recenzje

Tam, gdzie przeszłość wraca po swoje

Muszę przyznać, że to moje kolejne spotkanie z twórczością Wojciecha Chmielarza i jedno z tych, które pozostanie w czytelniczej pamięci już na zawsze. Każda jego książka ma w sobie coś, co sprawia, że trudno przejść obok niej obojętnie, ale ta pozycja szczególnie mocno zapada w pamięć. Być może przez ten ciężar emocjonalny, być może przez sposób, w jaki autor miesza realizm z elementami niemal niepokojąco metafizycznymi, a może po prostu dlatego, że to historia, która nie daje się łatwo zamknąć w jednej interpretacji.

Wojciech Chmielarz w książce „Tam, gdzie zmrok zapada szybciej” nie tylko zabiera czytelnika w podróż – on go po prostu wrzuca w środek historii, która od pierwszych stron pachnie niepokojem, wilgocią małego miasteczka i czymś, czego nie da się łatwo nazwać, ale co czuć pod skórą. To nie jest opowieść, którą się „czyta dla fabuły”. To jest historia, którą się chłonie, jakby była ostatnim ciepłym światłem przed całkowitym mrokiem.

Już sam punkt wyjścia jest jak dobrze zestrojony mechanizm – Szwed, były człowiek od brudnych spraw, dziś mechanik żyjący na uboczu, człowiek, który chciałby zniknąć z radaru świata, ale świat najwyraźniej ma wobec niego inne plany. Do tego zapomniane miasteczko na Podkarpaciu, gdzie każdy zna każdego, ale nikt nie mówi wszystkiego. I nagle zaczyna się dziać coś, co burzy tę pozorną stagnację: obcy, dziwne zdarzenia, śmierci, które nie wyglądają jak przypadek, oraz narastające wrażenie, że przeszłość nie tylko wraca – ona przychodzi po swoje.

Wojciech Chmielarz ma niezwykłą umiejętność budowania atmosfery. Nie potrzebuje fajerwerków ani przesadnych opisów. Wystarczy mu cisza między zdaniami, niedopowiedzenia, spojrzenia bohaterów i to specyficzne poczucie, że coś jest „nie tak”, choć jeszcze nie wiemy co. I właśnie w tym tkwi siła tej książki – w powolnym, ale nieubłaganym zaciskaniu pętli napięcia.

To, co szczególnie przyciąga w tej historii, to sposób, w jaki autor prowadzi emocje. Nie są one podane wprost. One narastają. Najpierw delikatnie, jakby z tyłu głowy pojawiała się myśl, że coś tu nie gra. Potem coraz mocniej, aż w pewnym momencie orientujemy się, że jesteśmy już w środku emocjonalnej pułapki, z której nie ma prostego wyjścia. I wtedy już nie chodzi o to, „co się stanie dalej”, ale „jak daleko to wszystko jeszcze zajdzie”. Szwed nie jest bohaterem, którego łatwo polubić w klasycznym sensie. Ale jest bohaterem, którego się rozumie – nawet jeśli nie chce się tego przyznać. W jego historii jest ciężar przeszłości, którego nie da się zrzucić jak starej kurtki. Jest też relacja z Tamarą, jego pasierbicą, która dodaje całej opowieści emocjonalnej gęstości. To nie jest prosta więź. To jest relacja pełna napięć, niedopowiedzeń i prób znalezienia miejsca między bliskością a odrzuceniem. I właśnie tutaj Chmielarz robi coś bardzo ważnego – nie upraszcza ludzi. Nie tworzy bohaterów „dobrych” i „złych”. Każdy tutaj niesie swój bagaż. Każdy coś ukrywa. Każdy czegoś się boi. I każdy, prędzej czy później, musi zmierzyć się z tym, co sam kiedyś zrobił albo czego nie zrobił, choć powinien.

W tle mamy miasteczko, które samo w sobie mogłoby być osobnym bohaterem. Zamknięte, trochę odcięte od świata, pełne plotek, milczenia i historii, które krążą od lat, ale nikt nie wie, gdzie kończy się prawda, a zaczyna legenda. To idealna scena dla historii grozy – nie tej o potworach z zewnątrz, ale tej, która rodzi się z ludzi. Bo „Tam, gdzie zmrok zapada szybciej” to nie tylko literatura grozy w klasycznym rozumieniu. To groza bardzo ludzka. Taka, która wynika z winy, z pamięci, z niezamkniętych spraw. Z rzeczy, które miały zostać pogrzebane, ale ktoś je niechcący odkopał. I teraz już nie da się ich z powrotem zakopać.

Narracja jest tu prowadzona z dużym wyczuciem rytmu. Chmielarz nie spieszy się, ale też nie pozwala czytelnikowi odpocząć. To jest balansowanie na granicy komfortu – dokładnie tam, gdzie literatura zaczyna działać najmocniej. Bo kiedy przestajesz czuć się bezpiecznie jako czytelnik, zaczynasz naprawdę uczestniczyć w historii.

Muszę przyznać, że to moje kolejne spotkanie z twórczością Wojciecha Chmielarza i jedno z tych, które pozostanie w czytelniczej pamięci już na zawsze. Każda jego książka ma w sobie coś, co sprawia, że trudno przejść obok niej obojętnie, ale ta pozycja szczególnie mocno zapada w pamięć. Być może przez ten ciężar emocjonalny, być może przez sposób, w jaki autor miesza realizm z elementami niemal niepokojąco metafizycznymi, a może po prostu dlatego, że to historia, która nie daje się łatwo zamknąć w jednej interpretacji.

Doceniam kreatywność autora w konstruowaniu tej opowieści. To nie jest zwykła fabuła „od punktu A do punktu B”. To raczej zaproszenie do czytelniczej uczty, która z każdą przekładaną stroną rozgrzewa emocje – czasem powoli, czasem gwałtownie, ale zawsze skutecznie. Jest w tym coś z precyzyjnie zaplanowanej gry z czytelnikiem, w której nigdy nie jesteśmy pewni, czy właśnie jesteśmy na początku rozwiązania, czy dopiero na początku problemu.

Styl, narracja oraz sposób budowania historii zasługują na uznanie bez żadnych zastrzeżeń. Wojciech Chmielarz wie, jak prowadzić czytelnika za rękę, a jednocześnie sprawić, że ten czuje się, jakby sam odkrywał kolejne warstwy opowieści. To trudna sztuka – pisać tak, żeby nie powiedzieć za dużo, a jednocześnie powiedzieć wszystko, co najważniejsze. Dlatego właśnie z pełnym przekonaniem umieszczam tę książkę na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. To nie jest tylko wyróżnienie. To znak, że mamy do czynienia z historią, która nie kończy się na ostatniej stronie. Ona zostaje. Pracuje w głowie. Wraca w najmniej spodziewanych momentach.

„Tam, gdzie zmrok zapada szybciej” to książka, która nie tylko opowiada o mroku – ona go pokazuje od środka. I robi to w sposób, który trudno zapomnieć.

Książka pt. „Tam, gdzie zmrok zapada szybciej” ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…