Kiedy zasypiają kobiety, budzi się mrok
Styl? Charakterystyczny dla Stephena Kinga, ale wzbogacony świeżością i wyczuwalną energią młodszego współautora. Narracja płynie, wciąga, nie pozwala się oderwać. Dialogi są naturalne, czasem ostre jak brzytwa, a opisy – sugestywne, lecz nigdy przesadzone. Tu nie ma miejsca na przegadanie. Każda scena ma znaczenie, każdy wątek prowadzi do czegoś większego. Czuć, że ta historia była tworzona z rozmachem, ale i z ogromną dbałością o detale. „Śpiące królewny” to horror, który działa na kilku poziomach.
Wieczór. Cisza w mieszkaniu staje się podejrzanie gęsta, a każdy trzask podłogi brzmi jak zapowiedź czegoś niepokojącego. Czytam i łapię się na tym, że co chwilę unoszę wzrok znad książki, jakby ktoś miał stać tuż za moimi plecami. Nie dlatego, że spodziewam się wyskakującego z cienia potwora. Chodzi o coś znacznie gorszego – o świadomość, że prawdziwy koszmar nie czai się pod łóżkiem, lecz w ludzkich głowach.
„Śpiące królewny” autorstwa Stephena Kinga i Owena Kinga to historia, która nie potrzebuje tanich chwytów, by wzbudzić niepokój. Jej siła tkwi w pomyśle tak prostym, że aż przerażającym. Ten horror nie opiera się wyłącznie na mroku i krwi. Największe napięcie rodzi się z obserwowania ludzi postawionych pod ścianą. Z patrzenia, jak strach przekształca się w agresję, a bezradność w żądzę kontroli. Lęki, które na co dzień skrzętnie chowamy pod maską normalności, tutaj dostają przestrzeń, by wybrzmieć z pełną mocą. I właśnie dlatego ta opowieść zostaje w głowie na długo po odłożeniu książki na półkę.
To moje kolejne spotkanie z twórczością Stephena Kinga, który ponownie, jak na Mistrza Horroru przystało, rozgrzał moją czytelniczą wyobraźnię do czerwoności. Tym razem jednak jest to również pierwsze zetknięcie z pisarstwem Owena Kinga. I muszę przyznać jedno: rodzinny gen tworzenia historii wżerających się w czytelniczą psychikę ma się znakomicie. Panowie od pierwszych stron pokazują, że doskonale wiedzą, jak budować napięcie, jak podkręcać atmosferę i jak sprawić, by serce zaczęło bić szybciej, a dłonie lekko drżeć przy przekładaniu kolejnych kartek.
Punkt wyjścia jest prosty, a zarazem przerażająco sugestywny. Kobiety na całym świecie zapadają w tajemniczy sen. Ich ciała owija delikatna, kokonowa substancja. Jeśli ktoś spróbuje je obudzić – reagują dziką furią. Gdy śpią, trafiają do innego świata, w którym panuje harmonia i brak przemocy. Brzmi jak bajka? Nic bardziej mylnego. Bo w rzeczywistości, z której znikają kobiety, zaczyna się powolny rozpad wszystkiego, co znamy.
Akcja osadzona w małym miasteczku w Appalachach działa jak soczewka. To zamknięta przestrzeń, w której napięcia społeczne, lęki i uprzedzenia szybko wychodzą na powierzchnię. Mężczyźni, pozostawieni sami sobie, dzielą się na frakcje. Jedni chcą chronić tajemniczą Evie – kobietę odporną na dziwną śpiączkę. Inni widzą w niej zagrożenie, może nawet demona. Chaos zaczyna rządzić ulicami, a cienka warstwa cywilizacji pęka szybciej, niż ktokolwiek by przypuszczał. I właśnie w tym miejscu autorzy pokazują swoją kreatywność w pełnej krasie. To nie jest historia oparta wyłącznie na jednym pomyśle. To wielowątkowa opowieść, w której każdy bohater ma swoje racje, swoje lęki i swoje słabości. Kingowie z chirurgiczną precyzją rozkładają na czynniki pierwsze mechanizmy społecznych napięć.
Odkrywanie tej historii naprawdę przyprawia o szybsze bicie serca. A kiedy na skórze pojawiają się ciarki, wiemy, że to nie tylko groza sytuacyjna – to znak, że ta opowieść mocno zakorzeniła się w naszej psychice.
Styl? Charakterystyczny dla Stephena Kinga, ale wzbogacony świeżością i wyczuwalną energią młodszego współautora. Narracja płynie, wciąga, nie pozwala się oderwać. Dialogi są naturalne, czasem ostre jak brzytwa, a opisy – sugestywne, lecz nigdy przesadzone. Tu nie ma miejsca na przegadanie. Każda scena ma znaczenie, każdy wątek prowadzi do czegoś większego. Czuć, że ta historia była tworzona z rozmachem, ale i z ogromną dbałością o detale.
„Śpiące królewny” to horror, który działa na kilku poziomach. Z jednej strony mamy tajemniczą epidemię i atmosferę narastającej paniki. Z drugiej – bardzo aktualną opowieść o władzy, przemocy, relacjach między kobietami i mężczyznami oraz o tym, jak kruche są społeczne struktury. Nie ma tu taniego straszenia. Jest za to powolne, konsekwentne budowanie niepokoju, który zostaje z czytelnikiem na długo po zamknięciu książki.
Nie ukrywam, że już od pierwszych stron byłem zachwycony. A przekładanie każdej kolejnej tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że ta powieść zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. Bo to nie jest lektura, którą się po prostu czyta. To książka, którą się przeżywa. W której zanurza się po uszy, zapominając o świecie wokół.
Stephen i Owen King stworzyli historię, która nie tylko straszy, ale zmusza do myślenia. A to w horrorze cenię najbardziej. Bo prawdziwa groza nie polega na tym, że coś wyskoczy zza rogu. Prawdziwa groza polega na tym, że zaczynamy zadawać sobie pytania: co by było, gdyby? Jak byśmy się zachowali? Po której stronie byśmy stanęli?
Jeśli ktoś szuka opowieści, która elektryzuje emocje, wywołuje dreszcze i wżera się w psychikę niczym uporczywy koszmar – „Śpiące królewny” będą wyborem idealnym. To dowód na to, że literacki talent potrafi być dziedziczny. A kiedy spotykają się dwa tak mocne głosy, powstaje historia, obok której nie sposób przejść obojętnie.
Książka pt. „Śpiące królewny” ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka