Wywiad z KATARZYNĄ BONDA

W dniu oficjalnej premiery „Czerwonego Pająka” zapraszam na wywiad z Katarzyną Bondą – królową polskiego kryminału.

KATARZYNA BONDA – królowa polskiego kryminału. Z wykształcenia dziennikarka i scenarzystka. Autorka dwóch książek dokumentalnych. Wykłada w szkole kreatywnego pisania w Warszawie, a także utworzyła własną szkołę i portal o pisaniu. Jest również autorką „Maszyna Do Pisania. Kurs Kreatywnego Pisania” adresowaną dla nowych adeptów sztuki. Jako pierwsza wprowadziła postać profilera – w trylogii kryminalnej z Hubertem Meyerem. Ogromną popularność oraz prestiżowe nagrody przyniosła Autorce seria z profilerką Saszą Załuską – „Pochłaniacz. Powietrze”, „Okularnik. Ziemia”, „Lampiony. Ogień”. 23 maja 2018 roku oficjalną premierę ma czwarta część tetralogii kryminalnej„Czerwony Pająk. Woda”.

Autorka zdjęcia: Gosia Turczyńska

Katarzyna Bonda – Królowa polskiego kryminału. Kto zatem z polskich autorów jest królem tego gatunku?

KB: Nie przesadzajmy z tymi koronacjami. Dzięki Bogu dożyłam czasów, w którym powieści kryminalne są tak popularne, że dosłownie wszyscy je czytają. Nie ma chyba Polaka, który by nie wziął do ręki jakiejś opowieści sensacyjnej do rąk. W każdym razie ja w to nie wierzę! Kiedy zaczynałam działać w tym gatunku, była nas dosłownie garstka. Można było policzyć polskich autorów na palcach obu rąk. Dziś tego typu książek wychodzą setki. Kiedy zaczynają się targi książki, premiery mają nie tylko przedstawiciele starej gwardii – jak Marek Krajewski, Mariusz Czubaj, czy Zygmunt Miłoszewski – ale są już rewolucjoniści gatunku, którzy absolutnie zmienili system wydawniczy, jak choćby Remigiusz Mróz, którzy nadali nowy rytm wydawcom i skutecznie mobilizują resztę braci kryminalnej do intensywnej pracy. Zostawiam ocenę jakości naszych dzieł czytelnikom, ale jestem absolutnie przekonana, że nasz „polski kryminał” stoi dziś na najwyższym – światowym poziomie. Z mojej perspektywy to piękna sprawa, bo Czytelnik ma wybór. Może wziąć do ręki opowieść zarówno lżejszą, bardziej nabitą danymi, z szybszym tempem lub szerszym kontekstem społecznym, politycznym czy z elementami horroru. Każdy autor nadaje swojemu dziełu unikalną „pieczęć”, za pomocą której czytelnik ma szansę zmierzyć się z odmienną opowieścią. Ja zaś bardzo się z tego cieszę, bo kiedy konkurencja jest ogromna, ciężko wejść w wygodne kapcie i osiąść na laurach. Człowiek ma wciąż wyzwanie, mierzy się sam ze sobą, a jeśli uda mu się wygrać na takiej olimpiadzie, w której co drugi autor to „czarny koń”, satysfakcja jest gwarantowana.

Królowa kryminału – Królowa sukienek. Diabeł ubiera się u Prady – Katarzyna Bonda ubiera się u…?

KB: Sukienki szyje mi pani Kasia Silewicz ze swoim zespołem w pracowni Przystanek Haft. Nie płacą mi za reklamę, ja zaś płacę za każdą moją sukienkę. Nie wypożyczam ich, lubię mieć własne. Prawdą jest, że mam ich sporo, ale bez przesady, jakieś wady muszę mieć. Mam m.in. takie, że lubię kolorowe szmatki, na tyle długie, by zakrywały kolana i broń Boże nie odsłaniały biustu. To moja zbroja, uniform służbowy. Każda kobieta to rozumie, bo każda kobieta w sukience wygląda dobrze. Nie jest ważny wiek, sylwetka ani nawet status społeczny. Wierzę w moc kobiecości i siłę delikatności w wizerunku, a to daje ten rodzaj stroju „służbowego”.

Tworzy Pani szkołę dla przyszłych pisarzy „Maszyna do pisania”. Jest Pani wzorem, nauczycielką dla pisarzy stawiających swoje pierwsze kroki w tej sztuce. A kto był dla Pani nauczycielem, wzorem?

KB: Piękne pytanie. Dziękuję za nie, odpowiem z radością. Było ich wielu. Prawdą jest, że człowiek, który chce się rozwijać, powinien długo szukać swojego mistrza. Jeśli chodzi o powieści mogłabym wymieniać tutaj całą listę powieściopisarzy i większość to postaci dawno martwe, ale często wymieniam książki, które mnie inspirują, a nazwiska by się pokrywały. Chcę teraz powiedzieć o kimś dla mnie szczególnym. Jest bowiem taki facet i jeszcze nigdy nie miałam okazji złożyć mu prawdziwego hołdu za to, czego mnie nauczył, na ile odsłonił przede mną moje umiejętności, ponieważ w pisaniu tylko o to chodzi – o otwarcie na własny potencjał i umiejętne go wykorzystywanie w pracy. Wspomniany mistrz nazywa się Tom Abrams. Tak, dokładnie jak postać    z tetralogii o Saszy – jej profilerskie guru. Tym sposobem oddaję Tomowi honor, za to, czego mnie nauczył. Tom jest Amerykaninem, scenarzystą, tutorem, którego poznałam na warsztatach dla scenarzystów organizowanych przez ScriptEast, dzięki uprzejmości Izy Wójcik i Darka Jabłońskiego, którzy od lat szkolą w Polsce filmowców. I paradoksalnie to właśnie mój epizod w świecie polskiego filmu był dla mnie najbardziej owocny w edukacji fabularnej. Pracowałam wtedy nad tekstem do filmu Marcina Wrony. Bynajmniej nie nad książką, lecz sposób patrzenia  na opowieść w moim odczuciu, nie różni się niczym od książki. To, co czyni odmiennym, te dwa rodzaje zapisu to cel, jaki przyświeca autorowi. W scenariuszu ważne jest patrzenie behawioralne, w powieści – indukcyjne. Wszystko to, czego nie widać w książce jest walorem, w filmie tym zajmuje się cały sztab ludzi: reżyser, aktorzy, scenografowie, kompozytorzy itd. Myślenie jednak o opowieści jest takie same. Tom nauczył mnie dostrzegania tematu mojej opowieści, tego, co jest jej jądrem, esencją. Gdyby nie spotkania i warsztaty z Tomem, nigdy bym pewnie do tego nie doszła sama. Poza tym nauczył mnie także wiary w siebie i poczucia, że mogę wszystko, że mogę również pozwolić sobie na błędy. Czasami dzieło jest niedoskonałe, ale widać taka byłam, tylko w taki sposób mogłam ten temat ugryźć. To bezcenna wiedza. Bardzo przy okazji rozgrzesza autora, zwłaszcza, kiedy człowiek ma zapaść i uważa się za kompletne beztalencie. To pozwala na zamknięcie pewnych drzwi i pójście naprzód. Dzięki ci Tom za wszystko, jesteś absolutnie genialny. A tutaj jeszcze dodam, że jeśli mistrz ma na dodatek poczucie humoru i to kostyczne, promieniuje to na twórczość ucznia i daje dystans, zdejmuje to odium „wysokiego C”, które od lat towarzyszy mitom pisarskim w naszym kraju. Tom mnie tego także nauczył, patrzenia na opowieść zupełnie zwyczajnie, bez zadęcia. Nie można chcieć od nauczyciela więcej.

Maszyna do pisania”, w której od 2012 roku nowi adepci tej sztuki, szlifują swój warsztat pisarski wykształciła już wielu znanych i chętnie czytanych autorów. Jakie emocje towarzyszą Pani widząc na półkach księgarń książki takich jej absolwentów jak Robert Małecki czy Przemysław Semczuk?

KB: Radość, dumę i poczucie, że się nie pomyliłam. Wierzę w moich ludzi – to prawda, mam  już własną gwardię. Jest to nie tylko budujące, satysfakcjonujące ale i dające nadzieję. Kiedy zaczynałam w Polsce mówić o tym, że pisania można się uczyć, zbierałam ostre cięgi od „ortodoksów” wierzących głównie w inspirację i iskrę bożą. Słyszałam, że to pomyłka, że jestem bałwochwalcza, że nie mam wstydu szerząc takie herezje. Zrzucano to na karb mojego wieku (wtedy uchodziłam jeszcze za młodą) lub blond włosów (choć są farbowane). Okazuje się, po latach, że w przypadku niektórych, nie tylko moim – rzemieślniczki – szkolenie przyniosło efekt. Nie twierdzę, że to działa w przypadku prozy autorskiej, a tym bardziej poetyckiej, bo do tego trzeba mieć dar. Ja jednak takim rodzajem literatury się nie zajmuję. Mówimy bowiem teraz o powieściach sensacyjnych, które na całym świecie opierają się przede wszystkim na solidnym warsztacie, pieczęć autorska jest na drugim miejscu – nieodzowna, ale też i do tego się dojrzewa. Wiele z tych nazwisk, dziś cenionych i poczytnych Autorów, które były u mnie na zajęciach, potrzebowało tylko motywacji, prztyczka w nos, głaska, pochwały albo i kopniaka w cztery litery, by wziąć się do pracy. To cudowne, że tego dokonali. Jestem więc bardzo dumna i chełpię się, kiedy przysyłają mi w prezencie swoje kolejne książki. Niektórzy dziękują w posłowiu, inni w listach. Inni wcale nie pamiętają. Nie mam żalu. To nie jest moja zasługa, że te książki powstały. To w stu procentach ich splendor, dzieło i ich walka. Przypomina to trochę wychowywanie dzieci – w pewnym momencie musisz pozwolić im odejść i żyć na własny rachunek, mając jednakowoż nadzieję, że dobrze je wychowałeś. Ja po prostu stanęłam w odpowiednim momencie na ich drodze i cieszę się, że nie podcięłam im skrzydeł lecz podzieliłam się swoją mocą, mądrością i hartem ducha.

Uwielbia Pani Alfreda Hitchcocka. Studiowała Pani scenopisarstwo w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Pozostańmy na chwilę w świecie filmu. Którą swoją książkę chciałaby Pani zobaczyć na wielkim ekranie? Kto byłby jego reżyserem oraz odtwórcą lub odtwórczynią głównej roli?

KB: Wszystkie! Jeśli którykolwiek autor odpowie Panu inaczej, znaczy, że kłamie. Ale teraz najbardziej marzy mi się serial na podstawie serii o Saszy. Chciałabym zobaczyć teraz tę historię na ekranie, jak historia tej kobiety o imieniu Sasza wyglądałaby z boku, gdybym sama jej nie napisała. Bardzo bym chciała, aby rolę Saszy zagrała Magda Boczarska, zaś Łukasza jej partner życiowy – Mateusz Banasiuk. W roli Ducha zawsze widziałam Marcina Dorocińskiego, choć widziałam go tylko raz, w przelocie i nigdy nie zamieniłam z nim nawet słowa. Obsada jednak nie do końca ode mnie zależy. Filmowcy wiedzą lepiej jak zaadaptować tę historię i jak przetworzyć moją opowieść na obraz filmowy. Prawda jest jednak taka, że prawa znów są przy mnie. Mimo iż mam koproducenta zagranicznego gotowego wejść w ten projekt, nie mogę w Polsce znaleźć ludzi, którym mogłabym powierzyć ciężar zaadaptowania serii. Rzecz jest prawdopodobnie w kwestii napisania scenariusza, który jest pracą trudną i wieloetapową. Jeśli zna Pan rzutkiego producenta, który jest gotów zmierzyć się z tą materią, chętnie podpiszę nową umowę i będę grzecznie obserwowała działania filmowców. Uważam bowiem, że ja już wykonałam w tej sprawie wszystko, co mogłam, a teraz ludziom znającym się na ruchomych obrazach lepiej ode mnie, należy pozostawić całkowitą wolność. Czas pokaże, co przyniesie życie.

Autorka zdjęcia: Gosia Turczyńska

Pani jako pierwsza wprowadziła do polskiego kryminału pojęcie profilowania.        W Czterech Żywiołach Saszy Załuskiej pojawia się temat profilowania geograficznego. Poznaliśmy również specyfikę badań osmologicznych. Z każdą kolejną książką nadaje Pani kierunek dla kryminału. Czego jeszcze nowego czytelnicy mogą spodziewać się po Pani twórczości?

KB: Po mnie należy spodziewać się wyłącznie niespodziewanego…

Katarzyny Bondy przepis na sukces to …

KB: Być blisko siebie, być pokornym i wiernym sobie. Walczyć, kiedy potrzeba i poddać się, kiedy nie ma szans na sukces. Wszystko, co przychodzi do nas, jest po coś. Nie wolno upierać się przy swoich racjach, jeśli świat uważa inaczej. Jestem zdania, że sytuacje, w które wpadamy, ludzie, których spotykamy i zdarzenia, które następują po sobie są „mądrzejsze” niż my sami. Trzeba być jedynie czujnym i dostrzegać te połączenia. A wtedy wszystko się spełnia, zdarza się i domyka.

Sasza Załuska czy Hubert Meyer – do kogo Pani bliżej mentalnie?

KB: Hubert był moją tarczą przed światem. Zasłaniałam się nim. Sasza to ja. Na kontrze, mój negatyw, ale wszyscy, którzy ją lubią, darzą i mnie prywatnie swego rodzaju estymą. Ci, których drażnię, wkurzam czy irytuję, mają podobne emocje wobec bohaterki. Przyznaję się do tego nie bez powodu. Teraz już mogę, skończyłam serię. Sama musiałam się z tym pogodzić. Dlatego też darzę wielkimi emocjami obydwóch moich bohaterów ale mam do nich odmienny rodzaj stosunku, nasze relacje opierają się na zupełnie innych zasadach i jest inny między nami przepływ emocji.

Biblioteka Narodowa przedstawiła raport stanu czytelnictwa w Polsce za rok 2017. Wynika z niego, że zaledwie 38% respondentów w ubiegłym roku przeczytało co najmniej jedną książkę. Przyznam (może nieskromnie), że rocznie czytam średnio 70 książek. Znam również wiele osób, które znacząco zawyżają średnią. Proszę powiedzieć z czego może wynikać taki stan?

KB: Nie zgadzam się zupełnie z tym „czarnym pijarem”, jaki uwielbiają głosić dziennikarze. Polacy czytają! Polacy kupują! Książka jest jednym z najpiękniejszych przedmiotów w naszych domach, a jeśli ktoś uważa, że to zbieracz kurzu, to znak, że zawodzi go wyobraźnia i wystarczy podsunąć takiej osobie książkę dopasowaną do jego potrzeb, by zdanie zmienił. Zamierzam walczyć jak lwica o honor książki i jej miłośników, których na tej sali mniemam nie brakuje! Mam absolutnie dosyć tego utyskiwania, że Polacy nie czytają, tego straszenia czarnymi wynikami z bibliotek i sprzedaży woluminów. Kto więc zasila te rzesze na targach książki, kto ratuje książki z koszyków w supermarketach, kto wreszcie – czy mróz, czy upał – przybywa na spotkania autorskie? Właśnie Państwo! Zamierzam walczyć o nasze dobre imię! W mojej opinii ludzie, którzy sięgają po książki to ludzie wrażliwi, wnikliwi i mądrzy. Ci, którzy pozbawiają się tej cudownej przyjemności, jaką jest lektura powinni się wstydzić tej przywary i sądzę, że jeśli zobaczą iż są na oucie – zmienią swoje stanowiska. Książka jest modna, otwiera horyzonty, czasem zawarta w niej opowieść terapeutyzuje, bawi, rozśmiesza. Daje tak wiele doznań, którego nie dostarczy ani film, ani teatr, ani dobry kabaret. Książka to najlepszy prezent, karma dla ducha i piękny reset systemu, kiedy chcemy na chwilę się zatrzymać w świecie naszej wyobraźni i poczuć, kim naprawdę jesteśmy, do czego dążymy. Kimże bym była, gdybym od dziecka nie czytała książek? Kimże Pan by był? czy istniałaby w ogóle taka strona, którą Pan prowadzi?

Od kilku lat słyszymy o możliwości wprowadzenia stałej ceny książki – jest Pani jej zwolenniczką, czy przeciwniczką?

KB: Szczerze? Nie mam pojęcia, nie czuję się na siłach wymądrzać w tak poważnych  kwestiach. To nie jest pytanie do mnie, są od tego zawodowcy. Nie znam się na takich sprawach. Prawda jest taka, że zajmuję się wyłącznie pisaniem, a nie sprzedawaniem moich książek. Od takich zadań mam wydawcę i mam ten komfort, że w wydawnictwie Muza SA pracują sami profesjonaliści (choć też pasjonaci i ideowcy). Nie interesuje się sprzedażą, ceną, dystrybucją – ufam, że ludzie, którzy wzięli mnie pod swoją opiekę, robią to dobrze. To jest prawdziwy luksus mieć u boku mocnego i łebskiego wydawcę, który dba o interesy świra, jaki zawsze mieszka w opowiadaczu historii.

„Najpierw rzemieślnik, potem artysta”. Jak wygląda Pani warsztat pracy twórczej?

KB: Widzi Pan, ja potrafię pisać wszędzie. Pracowałam, kiedy było mi ciężko życiowo i kiedy byłam szczęśliwa. Stan prywatny mojego ducha wpływa rzecz jasna na opowieść, kłamałabym, gdybym powiedziała, że to nie ma znaczenia. Pisarz odbija się prywatnie w swoim dziele, jak w lustrze. Ale też dlatego tak ważny jest warsztat. Trzeba wiedzieć jak używać narzędzi pisarskich, to kotwica, która pozwala panu pokonać trudności związane właśnie ze słabościami ludzkimi. Uważam, że to właśnie czyni z pisarza zawodowca, jeśli podejmuje wyzwanie i mimo przeszkód pokonuje tę drogę zapisu opowieści i tworzy coś, co nie jest wcale ekshibicjonistyczną historyjką. Rzecz jest arcyprosta – rytuały, posprzątane biurko i umiejętność oddzielenia się od rzeczywistości – to czyni z nas pisarzy, a nie czekanie na natchnienie czy folgowanie swoim darom od losu. Ten rodzaj emocji przydaje się w miłości, w budowaniu związków, w dbaniu o ognisko domowe. Pisanie to praca. Taka sama jak każda inna. Rzeczy i zadania muszą być solidnie wykonane i nie ma usprawiedliwienia. Czy to, że ma pan słabszy dzień wpływa na to, że nie dopełni pan swoich obowiązków w pracy? Nie. Tak samo jest i u mnie. Różnica może polegać na tym, że nie wychodzę do biura, bo mam je w swoim gabinecie.

Research, budowanie fabuły, tworzenie postaci, która część pracy pisarskiej jest najtrudniejsza, najbardziej absorbująca, wciągająca?

KB: Każdy z tych etapów jest fascynujący i odmienny. Kiedy zbieram dane, kiedy gromadzę materiał jestem jak gąbka, która nasiąka. Nasycam się także wiedzą z książek, robię wywiady z ekspertami, odwiedzam wszystkie miejsca. Wtedy moje kompetencje ciekawskiego dziecka się przydają. Kiedy przychodzi czas budowy, konstruowania fabuły – procentuje moja analityka. Uwielbiam porządek – tak w życiu, jak i w opowieści. Mam tę cechę i normalnie ona mi okrutnie przeszkadza. Nie znoszę np. niedokończonych spraw. To sprawia, że dotąd układam te puzzle, by wskoczyły na swoje miejsce. Lubię też jednak się schować, ukryć w jaskini przed światem. Tę część osobowości dopieszczam, kiedy piszę. Czasem myślę sobie, że jestem typem idealnym do tej pracy, ona zapewnia mi każdy rodzaj doznań. Każdy człowiek powinien zdawać sobie sprawę z własnych walorów, z tego co daje mu radość, szczęście i do samego siebie dopasować robotę, jeśli to jest celne, nigdy się nie męczy, nie nudzi, nie doznaje frustracji. Pozostaje tylko wziąć się w garść i dokonywać „małych cudów” jakim jest ewidentnie przekraczanie siebie. Bo na każdym z tych etapów jest przestrzeń, która jest dla mnie problemem: w dokumentacji – pokonuję nieśmiałość, w pisaniu konspektu – organizuję mój chaos, a w zapisie – mierzę się z moim lenistwem. Pewnie dlatego, kiedy skończę książkę – jestem tak szczęśliwa. Rozwijam się, nie tylko jako pisarz, ale przede wszystkim jako człowiek. Ubogacam się w tej walce o fabułę.

Autorka zdjęcia: Gosia Turczyńska

„Życie to oddech. Mamy ograniczoną pulę uderzeń serca. Niepotrzebnie marnujemy je na wahanie, strach, czy złość. Zawsze będą tacy, którzy chcą nas ciągnąć, kusić, przekonywać, że wiedzą co dla nas lepsze. A trzeba po prostu iść naprzód, znaleźć dla siebie czyste powietrze. Takie, którym chcemy oddychać”.  A co dla Pani jest powietrzem pozwalającym iść naprzód?

KB: Rodzina. Bliscy. Miłość, zaufanie, lojalność i szczerość. Bez tego nie da się być szczęśliwym, zdrowym, żyć w zgodzie ze sobą i czuć stabilny grunt pod nogami. Owszem, los doświadcza mnie po szamańsku, daje mi na garb takie doświadczenia, które zmuszają mnie do przepracowania w sobie słabości, do dramatycznych przeistoczeń, nie tylko w sferze fizycznej, ale to, co jest fundamentem – to ludzie wokół i moje z nimi relacje. Nie uznaję relacji toksycznych, a tym bardziej fałszywych. Wolałabym już zrezygnować z relacji z konkretnym człowiekiem, niż trwać w asymetrycznej relacji. To wcześniej czy później wychodzi na jaw i pęka. A kiedy bomba emocjonalna wybucha w sposób niekontrolowany, więcej jest szkód, niż gdy się szczerze postanowi, że to, co jest między nami, nie jest prawdziwe. Dlatego pielęgnuję bardzo bliskie relacje, szczerze wierzę w ludzi i daje im całą siebie, to zawsze procentuje. Mogę zawsze na nich polegać.

We wstępach Pani książek jest wiele ważnych i cennych sentencji . Natomiast jakie motto jest Pani główną regułą życiową?

KB: Trudno mi wybrać jedno. Kiedyś był to cytat z Junga: „To co nieprzepracowane, wraca do nas w postaci Przeznaczenia”. Potem – całe lata: „Nikt nie może zacząć jeszcze raz, ale każdy może stworzyć całkiem nowy początek”. Dziś myślę, że będzie to: „Nie próbujcie zdobyć od razu zbyt wiele. Nawet słonia da się zjeść w małych kawałkach”. To akurat cytat ze mnie. Bardzo pomaga, kiedy świat wali się Panu na głowę.

Jest Pani osobą odpowiedzialną społecznie. Chętnie włącza się Pani w akcje. Wsparła Pani rehabilitację Magdaleny Piekorz, przekazując na ten cel zegarek swojego Ojca, będący dla Pani talizmanem. Obecnie wspiera Pani akcję Fundacji Sukces Pisany Szminką. Proszę powiedzieć coś więcej o projekcie „Wsparcie na start”.

KB: Kiedy osiąga Pan poziom, że ludzie Pana cytują, pytają, gdzie się Pan strzyże, co jada, jak pracuje, łatwo popaść w samozachwyt i zatopić się w tej cudownej materii uwielbienia, jak w bańce bajki. Ja jednak nie zawsze miałam takie życie. Pochodzę z małego miasteczka, z czego jestem dumna. Moi rodzice nigdy nie mieli mnóstwa pieniędzy i majątku, więc nie mogli mnie uposażyć w taki sposób, bym mogła zacząć życie komfortowo – z własnym mieszkaniem i niedużym autkiem oraz zajmować się tym, co lubię… Mój pierwszy ślub został odwołany w atmosferze skandalu. Zostałam starą panną z dzieckiem, z kredytem na karku, bez pracy. Los widać tak chciał, bym wzięła swoje życie w ręce i zrobiła z niego to, co będzie moim własnym losem. Ale to, co wyniosłam z domu – to siłę, hart ducha i marzenia. Nikt mnie nie krzywdził, nie niosę za sobą ciężaru krzywdy i patologii. To wielki walor. Są jednak ludzie – czy to kobiety, czy mężczyźni – którzy mają te wszystkie cechy, co ja: mała miejscowość, bieda lub ubóstwo ale jednocześnie niosą za sobą strach i nieufność. To ściąga ich w dół. Takie osoby bez wsparcia są skazane na równię pochyłą. Znam wiele takich historii. Za sprawą swojej pracy dziennikarskiej, pisarskiej, teraz jak jeżdżę na spotkania autorskie, przychodzą także osoby – np. wychowankowie domu dziecka czy ośrodków wychowawczych z Oławy – przy okazji pozdrawiam przemiłych panów, liczę, że dopełniają obietnicy, by być zuchami, a nie zbójami:) – rozmawiamy i staram się dzielić z nimi moją siłą. Ten projekt wspiera finansowo dziewczyny, które opuszczają domy dziecka. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak jest to straszne – nie dostały ze swoich domów nic poza traumą, poczuciem zagrożenia i nieufnością – a teraz jeszcze świat je rani i doświadcza, bo nie mają zupełnie nic, by „stworzyć zupełnie nowy początek”. Dlatego zawsze będę wspierać słabszych w tym momencie losu. To się zmienia, jeśli się poda komuś rękę, choćby czasem wirtualnie, pośrednio, bo przecież ja nie poznam tych kobiet, nie mam z nimi styczności, ale jeśli każda z nich dostanie choć kilka groszy z dochodu za sprzedaż tych zdjęć, to może zrobi ze swoim życiem coś pięknego. I tego im życzę!

Ostatnio na Czyt-NIKu pojawiła się zabawa, w której Uczestnicy proponowali miasto, gdzie rozgrywałaby się akcja Pani kolejnej książki po „Czerwonym Pająku”. Dodajmy książki, w której swoje umiejętności profilowania połączyliby Hubert Meyer i Sasza Załuska. Jak Pani zapatruje się na taką propozycję? Jeśli już to, gdzie by się spotkali… może, gdzieś w środku drogi, między Gdańskiem a Katowicami?

 KB: Świetny pomysł:) Zabukowałam na moim twardym dysku!

Hubert Meyer powróci to już pewne. Akcja toczyć będzie się na Śląsku. Po której stronie Brynicy dojdzie do morderstwa?

KB: Jeszcze nie mogę zdradzić. Mam taką zasadę, że nie ujawniam danych do czasu ukończenia powieści. Wynika to z mojej przesadności i zasady: pokazuj to, co jest już gotowe, wcześniej karmisz tylko własną próżność.

Hubert Meyer, wzorowany jest na Bogdanie Lachu. Na kim wzorowana jest Sasza Załuska?

KB: Na prawdziwej profilerce z Huddersfield. Niestety umówiłam się z nią, że nie ujawnię jej nazwiska, ale to absolutnie łebska babka i wiem, że dobrze się bawi, czytając przygody Saszy, choć na razie zna je tylko z relacji czytelników, bo książka dopiero wyjdzie drukiem po angielsku. Prawdziwy feedback będę miała dopiero po premierze serii o Saszy w Londynie.

W trakcie czytania „Polskich Morderczyń” targały mną wszelakie emocje. Odczuwałem złość, ale również towarzyszył mi smutek oraz żal wobec niektórych morderczyń. Jednak Pani przedstawiła te historie w sposób obiektywny. Często również jako sprawozdawca sądowy towarzyszyła Pani podczas rozpraw. Proszę powiedzieć czy ciężko jest zachować obiektywizm i czego należy się wystrzegać by nie przedstawiać zdarzeń w sposób subiektywny?

KB: Zbrodnia bierze się ze słabości, z tego, że człowiek nie radzi sobie z własnym życiem, czasem są to sprawy prozaiczne, jak finanse, a czasem to jest samotność, brak rodziny/korzeni, dobrego wzorca. Jestem przeciwniczką demonizowania zła jako siły. Nie podziwiam i nigdy nie fascynowali mnie seryjni zabójcy, postaci mitologizowane przez filmy klasy G. W matrycy psychologicznej tych ludzi jest błąd, który się multiplikuje, zaś to, co oni czynią, jest zwykle przekazaniem agresji, której sami doświadczyli. Każdy, kto dopuszcza się przestępstwa był kiedyś ofiarą przemocy fizycznej lub psychicznejTa książka była dla mnie przełomowa. To jednocześnie mój backround – książka dokumentalna, której początek ma miejsce, kiedy zaczynałam jako sprawozdawca sądowy, gdzie mogłam wykorzystać cały swój warsztat dziennikarski, a z drugiej strony mogłam pokazać to, czego nie pozwala gazeta. I okazało się, że książka, która miała być offowa – tylko dla mnie (chciałam znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania) – jest dziś pozycją kultową, a co dziwniejsze nie starzeje się lecz zyskuje z czasem. Dla mnie samej to wielkie zaskoczenie choć wiem skąd bierze się jej fenomen. Po pierwsze nikt tego wcześniej nie zrobił, dopiero teraz naukowcy zaczynają w ten sposób badać zabójczynie, a po drugie one pokazały twarze, otworzyły się przede mną. Nie wiem do dziś jak to mogło się udać. Ale pamiętam moją obsesję, by książkę skończyć. Było wiele przeszkód: nie miałam samochodu, borykałam się z kłopotami finansowymi, bo już odeszłam z pracy i ledwie wiązałam koniec z końcem, niezliczona ilość kwestii formalnych, by do tych więzień się dostać, praca z fotografem, stylistką, ekspertami, pielgrzymka po sądach (wszystkie akta osobiście przeczytałam, każdą stronę – czasem do jednej sprawy było 20 tomów akt), wreszcie ciąża. Nawet to mnie nie powstrzymało, by materiał zebrać, a potem książkę napisać. Prawie wszystkie bohaterki manipulowały, licząc, że dam się nabrać i każda zasługuje na uwagę. Mam kilka faworyt, ale nie ze względu na manipulacje lecz ciekawy życiorys, historię lub szok, że to zdarzyło się naprawdę. Monika Szymańska (zabójczyni Tomka Jaworskiego, rozdział Macierzyństwo) – od niej się zaczęło – jest bardzo ciekawą zmiennokształtną osobą, wybitnie inteligentną, która umie odnaleźć się w każdych warunkach, Małgorzata Połczyńska (nazwisko zmienione, rozdział Śmierć) budzi moje największe współczucie i przerażenie jednocześnie, bo jest bardzo zakłamana w sobie (bez pejoratywnych skojarzeń, chodzi o zafałszowany własny obraz). Mirkę Romanowską (rozdział Małżeństwo) szczerze polubiłam. Było ich dwadzieścia jeden, a nie czternaście. Te historie pozostałe zbadałam, ale zdecydowałam, że albo zostawię je na inne opowieści, albo poczekam jak to się rozwinie. Trzeba umieć dokonywać selekcji. Jeśli chodzi o trudność, dokumentalista w pewnym momencie zbliża się na tyle do swoich bohaterów, że bariera jest płynna i już nie ma problemów z wywiadem. Dowodem tego jest fakt, że każda z bohaterek autoryzowała swoją opowieść. Wydawca nie mógł zrozumieć, jak ja tego dokonałam. To było proste, patrzyłam na nie jak na ludzi, a nie zabójców. I one wiedziały, że nimi nie gardzę, że pochylam się nad ich życiem, jak często dotąd nikt tego nie robił. To doświadczenie było bezcenne dla mnie jako przyszłej twórczyni kryminałów. Widzę więcej niż inni, bo byłam po obu stronach barykady – rozmawiałam z policjantami, zabójcami i ofiarami. Każdy z tych elementów występuje w kryminale – potem mogłam się odważyć napisać kolejną powieść. Nie wierzę w papierowe bajeczki kryminalne – nigdy takich nie czytałam. W dawnym świecie naszych babć agresją szczycili się głównie mężczyźni (dlatego zbrodnie popełniane przez kobiety zdarzały się niezwykle rzadko), dziś się to zmieniło, kobiety są coraz silniejsze, wyemancypowane i działają “po męsku”. Jednak ich motywy są emocjonalne, bo taka jest nasza babska struktura psychiczna. Potem jednak chcą znów być “święte”, więc kłamią, zacierają ślady, chowają zwłoki, manipulują policjantami.

Autorka zdjęcia: Ania Dziewulska Photograpghy

W książce „Zbrodnia Niedoskonała” wraz z Bogdanem Lachem udowadniacie, że nie istnieje zbrodnia doskonała. Proszę powiedzieć Pani zdaniem na ile nie wykrycie morderstwa jest wynikiem braku doskonałych metod śledczych, a na ile rezultatem „niedbalstwa”, zaniechania odpowiednich kroków przez niektórych śledczych?

KB: Nie jestem zwolenniczką obarczania za niewykrycie sprawcy śledczych. Niektóre sprawy po prostu muszą pozostać tajemnicą, choćby organy ściągania stawały na głowie, a technologie pozwalały na przenicowanie całej przestrzeni związanej ze sprawą na wskroś. Natomiast faktem jest, że metody śledcze, kryminalistyka, która poszła bardzo do przodu w ciągu ostatnich powiedzmy 50 lat, uniemożliwia dziś niewykrycie spraw, które kiedyś – choćby wiek temu – pozostałyby sekretem. Dziś nie byłoby Kuby Rozpruwacza, byłby oskarżony i osądzony sprawca.

„Sprawa Niny Frank” to Pani debiut w powieści kryminalnej. Proszę powiedzieć czym różni się pisanie książki dokumentalnej od kryminału?

KB: Musiałam w sobie zabić dziennikarkę, by pisać książki. Owszem – nawyki reporterki – przydają się do zbierania danych, wiem gdzie, jak i do kogo dotrzeć, by wyrwać z rzeczywistości konkretne informacje, ale to nie czyni ze mnie pisarki. To, co sprawia, że zajmuję się tak dziwną działalnością, jaką jest wymyślanie historii i opowiadanie ich w postaci grubych książek to doświadczenie życiowe i nadmiar (lub też brak) emocji, ciekawość świata i pragnienie zgłębiania ludzkiego losu, a sploty okoliczności zawsze mnie zachwycają lub też przerażają. To mnie popycha do fabuły i choć przeklinam ten wybór zawodu w trakcie zapisu, nigdy mi się nie znudzi. Taką mam w każdym razie nadzieję, bo nic innego nie umiem, a bierna egzystencja zupełnie mnie nie interesuje. Po prostu lubię pracę, daje mi ona siłę, jest jak bateria, którą wciąż  muszę ładować. Liczę więc, że starczy mi sił i pomysłów, by pisać do śmierci. Oby tylko zdrowie dopisywało, bo jestem już w wieku, kiedy zaczyna się myśleć o tych sprawach i z szacunkiem traktuje wizyty lekarskie. Piszę historie często rysując je grubszą kreską, bo wiem, że tempo jest ważne, dlatego najwyższą stawką w moich powieściach jest życie ludzkie. Kiedy ktoś zagraża naszym bliskim, jesteśmy gotowi na wszystko. Odpowiedzialność matki za swoją pociechę, konieczność obrony przed złem swojego dziecka zdaje mi się nawet wyższą stawką niż śmierć. Sasza składa się głównie ze słabości, a by wydobyć jej siłę wrzucam ją w takie sytuacje, które wyzwolą ją z okowów lęku, niepewności i słabości właśnie. My też – jako ludzie – ciągle mierzymy się ze światem. Na szczęście, w większości przypadków, nikt nie uprowadza nam dzieci, nie zagrażają nam mafiozi i nie doświadczamy realnych katastrof, ale na poziomie emocjonalnym nawet utrata pracy, odejście partnera lub podwyżka stopy procentowej naszego kredytu – jest takim samym doświadczeniem krytycznym, które musimy zaakceptować, zintegrować i znaleźć w sobie siłę, by pójść naprzód. Taką właśnie historię opowiadam za każdym razem, choć fabuła jest odmienna, podobnie jak miejsce akcji, czy żywioł patronujący tomowi, i to mówię moim Czytelnikom. Wątek kryminalny jest jedynie metaforą, a może tylko scenografią dla świata, który tworzę w książkach.

„Tylko Martwi Nie Kłamią”, rozgrywa się w stolicy górnego śląska. Co takiego zainspirowało Panią w Katowicach, by na tle tego miasta stworzyć powieść kryminalną?

KB: Miasto. Miejsce akcji ma dla mnie zawsze pierwszorzędne znaczenie. Ono promieniuje na życiorysy ludzi żyjących i tych, którzy przebywają już za zasłoną.

Przy okazji „Tylko Martwi Nie Kłamią”, nie mogę nie zapytać – czy różowa landryna, samochód, który Hubert Meyer pożyczył od byłej żony istnieje naprawdę?

KB: Oczywiście. Inspiracja pochodziła od moich przyjaciół – Ani Gidyńskiej i jej męża – Marka. To oni ją de facto wymyślili na swoim tarasie, a ja poszłam tylko za ciosem:)

Na początku „Florystki”, ciężko doświadcza Pani Huberta Meyera. Wysyła go Pani na banicję na mazurską wieś, gdzie leczy rany po błędzie w profilowaniu. Nie było Pani żal? (mi strasznie nawet odczuwałem taką niezgodę wobec tego jaki los dla niego Pani stworzyła).

KB: Fabuła uwielbia kłopoty. Zawsze twierdziłam, że dobra opowieść to taka, z której wycięto fragmenty nudy, w której jednocześnie boimy się o bohatera lub mamy nadzieję, że uda mu się pokonać trudności, przeszkody, że kibicujemy mu, by wygrał w naszym imieniu. Jak inaczej ustawić stawkę, jak pokazać, że wojownik jest w każdym z nas? Czytelnik musi sam w sobie poczuć ten bohaterski rys, zidentyfikować się z postacią i przeżyć kłopoty, a jednocześnie iść do światła. Tak, staram się, by w moich książkach została wykasowana ta część, która na co dzień  otacza nas w życiu – czyli okresy stagnacji, oczekiwania.

„Pochłaniacz” w znacznej mierze nawiązuje do prawdziwych wydarzeń związanych z porachunkami mafijnymi na wybrzeżu, czy też do afery finansowej sprzed kilku lat. Proszę powiedzieć woli Pani tłem powieści oblec historie prawdziwe czy w pełni zmyślone. Jak Pani uważa, które z takich historii czytelnicy wolą bardziej?

KB: Nie potrafię odpowiedzieć na dzień dzisiejszy, które elementy w moich książkach wymyśliłam, a które są prawdziwe. Jak mniemam żadne z tych twierdzeń nie wypełnia całkowicie odpowiedzi, bo nawet jeśli zapożyczam z rzeczywistości pewne mechanizmy i założenia to tylko posiłkuję się prawdziwymi wydarzeniami i sprawami kryminalnymi w celu inspiracji, mówiąc wprost odbijam się na poziom wyobraźni i je przetwarzam. Moje książki to swoisty patchwork zdarzeń rzeczywistych i takich, które mogłyby się zdarzyć. Wszystko jednak mogłoby się wydarzyć, nawet jeśli do podobnych wydarzeń nie doszło. Czasami owszem biorę z rzeczywistości fragmenty z akt, dokumentów i to mi daje fundament dla fabuły. Przestrzegam jednak przed czytaniem wszystkiego 1:1. Gdy chcę napisać rzecz faktograficzną – piszę bowiem książkę dokumentalną. W fabule jest możliwe dosłownie wszystko, także żart z rzeczywistości albo satyra.

W drugiej części Czterech Żywiołów Saszy Załuskiej poświęca Pani uwagę zbrodni dokonanej przez Romualda Rajsa „Burego” na mieszkańcach prawosławnych wsi. „Okularnik”, ma też dla Pani osobisty wymiar – jest wyrazem pamięci wobec Pani Babci. To ważne by każdy z nas pamiętał o swoich korzeniach oraz o wcześniejszych pokoleniach. Myślę, że w obecnym pędzie cywilizacyjnym zapominamy o tym. Co Pani zdaniem należy zrobić, by nie zatracić w sobie tych ważnych wartości?

KB: Wierzę, że liczy się nie tylko teraźniejszość. Jesteśmy w takim samym stopniu tym, co było, jak również tym, co będzie. Opowiadając różne historie w moich książkach przestrzeń globalna czasu jest mi nieodzowna do pokazania miary konkretnego bohatera. To jednak, co go uosabia i co de facto łączy wszystkie występujące postaci w moich powieściach to oczywiście uczciwość wobec grupy, do jakiej naturalnie przynależymy z racji urodzenia, wychowania lub czasem wyboru, zwanej narodem. Być może dlatego w tak wielu krajach rodacy chcą je masowo czytać. Cudzoziemcy zaś odczytują z moich książek naszą „polską duszę”. Długo nie wiedziałam, co oni do mnie mówią, czy my mamy „naszą duszę”? Okazuje się, że nie wynika to tylko z tematów które poruszam. Są to wszak książki kryminalne. Zbrodnia, przestępstwo, wina i kara… Nie da się uniknąć pojedynku dobra i zła, podobnie jak nie da się wyabstrahować bohatera z jego przestrzeni geograficzno-mentalnej. Nie w każdej mojej książce występuje słowo „ojczyzna”. Ale zawsze są to tematy aktualne, bolączki, problemy nas nękające społecznie i często też korzystam z realnych zdarzeń do odbicia się na poziom meta fabuły. To przecież podobnie jak w sprawie miłości – nie trzeba w kółko mówić o kochaniu, by wiedzieć, że bliskość jest. Czasami zaś zdrada i kłamstwo wcale miłości nie wyklucza, a po wybaczeniu win, jest ona jeszcze silniejsza. I też sprawę patriotyzmu traktuję w moich opowieściach jak kwestie miłości: pragmatycznie. Lecz jeśli trzeba – oddając szczerze całe swoje serce. Oczywiście staję na baczność, kiedy słyszę hymn (zawsze śpiewam na akademiach w szkole u dziecka), budzą mój respekt godło czy polska flaga (widziana zaś na obczyźnie jest jak powrót do domu, ciepło się robi w okolicy splotu słonecznego). To jednak w moim odczuciu nadal jedynie ozdobniki, konsekwencje tego, czym patriotyzm winien być tak naprawdę, jeśli nie ma podstawy „prawdy”, tego, by znać swoją Ojczyznę i walczyć o jej cześć, ale jeśli trzeba – wybaczyć winy i iść dalej, bo historia nie kończy się na nas.  I tak też staram się te tematy pokazywać w moich książkach. Pierwszą i podstawową moim zdaniem cechą prawdziwego patrioty nie jest wcale chęć oddania życia dla ojczyzny (choć rzecz jasna rozumiem, że w szczególności męskim bohaterom opowieści w wieku 18+ właśnie to mogłoby wydawać się najbardziej interesujące, chwalebne i romantyczne). Ja natomiast wierzę w wariant zgoła praktyczny, by nie dodać oczywisty (ale w dzisiejszych czasach wcale taki nie jest!), bo właśnie szczerość, uczciwość wobec pobratymców grupy narodowej – czyli po prostu stosowanie się do nakazów i zakazów obowiązującego prawa, brak krętactw, kombinatorstwa, wsparcie i ułatwianie życia innym tylko z tej przyczyny, że jesteśmy wszak Polakami oraz wspólny front, który pozwoli zjednoczyć się i pokonać wszelkie przeciwności jakie niesie koło historii. To byłoby jednak niczym bez posiadania autentycznej dumy z faktu, że jest się Polką/Polakiem. I tutaj dochodzimy do sedna, które opisałam chyba już wielokrotnie, nie używając wcale wielkich słów, które tak bardzo cieszą polityków. Bo polityka moim zdaniem nie ma tutaj nic do rzeczy. Ludzie na stanowiskach zmieniają się, poglądy rządzących także, podobnie jak ich interesy i apetyt na władzę. Akceptuję ten fakt lecz nie mieszam poglądów politycznych do spraw serca, a miłość do Ojczyzny tam winna znajdować swój początek i koniec. Poczucie wspólnoty lub też szumnie nazywany patriotyzm nie upoważnia nas do tego, by zakłamywać rzeczywistość, zamykać oczy na ciemne sprawki z przeszłości. Miłość do innego człowieka czy też Ojczyzny, będzie silniejsza, jeśli zła prawda zostanie ujawniona, łuski z oczu spadną, zaś wspólnymi siłami rozwiążemy problem czy posprzątamy bałagan – efekt dawnych grzeszków. Jestem przeciwniczką gloryfikowania ojczyzny, idealizowania jej, jak syreniej kochanki, bo dramatycznie przypomina to zaburzenia umysłowe niż realny patriotyzm. Ujawnianie prawdy – i to staram się robić w moich książkach – podejmowanie tematów trudnych, bolesnych, wrzucanie bohaterów w dylematy moralne, które zmuszają ich do wyboru: prawda czy złudne piękno. Zawsze ostatecznie wygra w moich książkach prawda, gdyż w tej  rozgrywce po raz kolejny przekonujemy się, że piękno  w czystej postaci jest po nic. Może lektura niektórych powieści dotykających małych lub większych kłamstewek naszej społeczności wydaje się być strzałem w kolano, a jest moim zdaniem działalnością patriotyczną, bo miłość do ojczyzny to także miłość do porządkowania, czyszczenia tej rzeczywistości, w której przyjdzie żyć naszym dzieciom i wnukom. I warto mieć to poczucie, kiedy usłyszymy hymn, że sami nie tylko nie zabagniamy tej sytuacji lecz jesteśmy jednymi z wojowników o dobrą polską codzienność.

Autorka zdjęcia: Ania
Dziewulska Photograpghy

„Lampiony” tym razem przenoszą Saszę Załuską do Łodzi. Co sprawiło, że postanowiła Pani akcję przenieść właśnie do tego miasta? Co takiego przykuło Pani uwagę w Łodzi, którą obszernie zaprezentowała Pani w książce?

KB: Akcja „Lampionów”, trzeciej części przygód Saszy Załuskiej, rozgrywa się zaiste w Łodzi. Jest to rzecz jasna powieść kryminalna, lecz przede wszystkim jest to opowieść o mieście. Co za tym idzie, książka o wiele bardziej polifoniczna niż dotychczasowe pozycje przygód rudej profilerki, ponieważ – za Arystotelesem – miasto tworzą ludzie różni od siebie. Ludzie podobni nie mogą stworzyć miasta. Wybierając Łódź jako miejsce osadzenia fabuły do tomu, w którym rządzi żywioł ognia, nie sądziłam, że to najlepszy wybór z możliwych. To miasto kontrastów, w każdym tego słowa znaczeniu. Znajdowałam tak malownicze, ciekawe plenery, że nie byłam w stanie wydostać się z etapu dokumentacji i dopiero po stanowczym veto wydawcy zakończyłam reaserch lokacyjny. Bo też nigdzie w Polsce nie pada tak światło. Nie czuje się takiego nerwu, nie słyszy tyle bluzgów, nie widzi tyle flaszek w bramach, nie czuje tak bardzo tęsknoty za przeszłością, bo Łódź cała jest żywą historią, i nie spotyka się tak wielu niezwykłych, otwartych oraz uczynnych ludzi na ulicach. Bywałam na Abramce, Włókience, Limance o naprawdę różnych porach i nigdy nie dostałam w ryj, choć to miejsca do tego stworzone fabularnie. Odbyłam setki rozmów z mieszkańcami tych areałów, zwiedzałam puste fabryki, mateczniki kibiców ŁKS-u, stałam pod balkonem obwieszonym trofeami kiboli i jarałam szlugi z lokalsami, słuchając rapu. Czytałam grafitti na ścianach, odwiedzałam galerie i patrzyłam z najwyższych szczytów na dachy miasta, zbudowanego na kształt kraciastej płachty, gdzie można liczyć aleje od Piotrkowskiej, niczym w Nowym Jorku. Mówi się o Łodzi, że to tonący okręt (są nawet o tym piosenki). Ale też chyba żadni mieszkańcy nie kochają tak swego miejsca na ziemi i są gotowi bronić go za wszelką cenę. Wierzę, że przestrzeń, w którym ludzie żyją, historia, którą niosą w genach – ma znaczenie dla teraźniejszości. Dlatego też miejsce akcji moich książek jest sprawą kluczową. Lokacja łączy się ściśle z życiorysem postaci i tym, czego moi bohaterowie pragną, czego się boją. Historia opowiadana w  Lampionach, najbardziej awanturnicza ze wszystkich, jakie przyszło mi wymyślić, mogła się zdarzyć tylko tam. Łódź jest honorowa, wymagająca od bywalców twardego końca kręgosłupa, ale i nieco sentymentalna, zawsze wierna swoim ideałom. Każdy spacer łódzkimi ulicami to kadry z filmów, które wszyscy znamy. Bałuty są wymarzone do zabiegów westernowych. Stare Polesie, zwane dzielnicą zapomnianą, mieści w sobie bajkowość i magię, której nie uświadczysz w innych, znacznie starszych miastach. Traumatyczna historia miasta (teren dawnego getta), powody, dla których powstało i jej robotniczy trzon (famuły na Ogrodowej, które spalę w pył, a potem dam im się odrodzić jak feniks z popiołów), a co za tym idzie upadek społeczny bardzo wielu rodzin ma wpływ na klimat miasta. Nie ma tu nic gładkiego, ulizanego, pocztówkowego. To miasto żyje, przeistacza się. Walczy o niepodległość! Flaki są widoczne na każdym kroku (wystarczy ruszyć w bok od Piotrkowskiej), ale jak tylko przemieścimy się dwa kroki dalej zaskakuje nas monumentalizm i rozmach (EC1, Manufaktura, ekskluzywne osiedla Lofty Schaiblera, budynki Wydziału Prawa). Nigdzie obok siebie nie znajduje się szklany wieżowiec, kwartał zabytkowych kamienic, siedlisko meneli, zaraz obok gromadnie występujących przedstawicieli bohemy (tak, oni są jeszcze w Łodzi!) i budka z kebabami. A to wszystko okraszone duszą artysty, która wita nas w Łodzi na każdym kroku – od murali na starych kamienicach, przez słynną Stajnię Jednorożców (przystanek Centrum, którego żartobliwy ton w samym sercu łódzkiej szarości, traktuję jak mrugnięcie okiem architekta), czy też atakuje z głośników – to z Łodzi pochodzą najlepsi muzycy z nurtu rapu. Jestem absolutną fanką Zeusa. Chapeau baus za mądre teksty, za niezależność, bezwzględny zadzior i – co będę ukrywała – wrażliwość na linię melodyczną, co jak widać jest możliwe w tym gatunku. Jeśli ktoś z Państwa myśli wciąż o Łodzi, jako o mieście bezrobotnych włókniarek, to się grubo myli. To miasto ma kolor czerwonej cegły – płomieni, które – w sensie dosłownym – trawią regularnie stare łódzkie kamienice, jak i – w przenośni – wypływają na buntowniczych twarzach mieszkańców, kiedy rzecz idzie o obronę honoru Łodzi. Ogień patronujący temu tomowi przygód Saszy, jest w tym mieście widoczny nie tylko wizualnie (Łódź naprawdę płonie!), lecz także w rozbójnickim honorze jego mieszkańców, którzy – niezależnie od statusu społecznego – zakładają koszulkę „Jestem menelem” i robią sobie bekę ze wszystkich, którzy śmieją obrazić ich miasto-matkę, choćby mieszkali od lat w Warszawie, Hong Kongu, czy Paryżu. Bo do kogo tak naprawdę należy miasto? Zawsze i wszędzie do flaunerów, czyli próżniaków, którzy swoje szczęście znajdują między frontami budynków, na ulicach miast. Wszędzie, byle poza własnymi czterema ścianami. To jednak oni są główną tkanką miasta. Chłop zawsze będzie siedział w zagrodzie, garnął się do pieca i bał hałasu miasta. Aglomeracja zaś naturalnie rodzi flaunerów. Przechadzają się ulicami bez celu, wystają w bramach. Pustkę w sobie wypełniając wrażeniami wokół. Czy istniałoby bez nich miasto? Puste budynki go przecież nie tworzą. Oczywiście prawdziwych próżniaków nie ma już zbyt wielu. Większość dzisiejszych miast wypełnia nieprzerwany ruch kołowy, rytmiczny rwetes, tygiel kulturowy i wyspy zbudowane na wzór współczesnych wsi. Mieszkańcy zaś „wsieją”, ukrywając się we fragmentarycznych enklawach, które zwą swymi domami, gdzie grzeją tyłki i mają gdzieś półpubliczną przestrzeń, którą z trudem próbują stworzyć dla nich architekci. Dlatego Łódź jest bodaj ostatnim miastem w Polsce, gdzie to archaiczne pojęcie ma rację bytu i gdzie architekt z powołania, może zbudować swój rajski park.

„Ryzykuje świadomie, ponieważ wierzę, że czytelnik chce być cały czas zaskakiwany, chce mieć cały czas niespodziankę, chce wiedzieć, że ja mu zafunduje po prostu, taką ostrą jazdę bez trzymanki, ja po to jestem” – czym Katarzyna Bonda zaskoczy swoich czytelników w „Czerwonym Pająku”?

KB: Nie byłoby niespodzianki, gdybym tutaj opowiedziała fabułę i sprzedała Pana czytelnikom spoiler, więc tego nie zrobię. Zapewniam jednak, że szykuję dla Państwa mocny strzał dotyczący historii Saszy. To de facto książka o niej, o bohaterce, którą wydaje się Wam, że znacie. Mam nadzieję, że uda mi się wzbudzić waszą ciekawość, jeśli powiem, że grubo się mylicie. Nic co uważacie za pewnik takie nie jest w rzeczywistości. Będzie entomologia, profilowanie geograficzne, mafia, służby, tajemnice sprzed lat i znane sprawy kryminalne, którymi drzewiej żyła cała Polska. A w tym wszystkim niemal wszystkie główne postaci, które przewijały się w poprzednich tomach. Tyle mogę ujawnić przed lekturą, do której mam nadzieję Was zachęciłam. Czy mi się uda utrzymać Państwa uwagę? Nie wiem, liczę, że tak. Czas pokaże, czy niektórzy nie będą mieli do mnie żalu, że taki właśnie koniec tej historii zafundowałam Saszy… Mogę również zacytować fragment informacji, którą ujawnia wydawca: „Czerwony Pająk” to ostatnia część cyklu Cztery Żywioły Saszy Załuskiej. W finale serii pojawią się wszystkie ważne dla profilerki postacie, jej dawni przyjaciele oraz najwięksi wrogowie. By ratować życie dziecka, Sasza gotowa jest kolaborować z mafiosami, szpiegami i politykami. Do czasu. Zagadki z przeszłości zaczną się rozwiązywać jedna po drugiej, pajęczyna, która oplatała Saszę, zaczyna się rwać. Córka Saszy Załuskiej zostaje uprowadzona przez nieznanych sprawców i mimo wzmożonych wysiłków policji nie udaje się jej odnaleźć. Prywatne śledztwo Saszy wykazuje, że porwanie dziewczynki jest powiązane z zagadkowym samobójstwem byłego oficera wywiadu, pseudonim Dziadek, niegdyś przełożonego Załuskiej. To w jego posiadaniu znajdowało się archiwum kompromitujące najważniejszych polskich polityków. Teraz jednak dokumenty zniknęły. W ich poszukiwaniach biorą udział wszystkie zainteresowane strony – zarówno mafiosi, jak i politycy oraz służby specjalne – a komuś niezwykle zależy na tym, żeby to właśnie Sasza je odnalazła. Porywacze wiedzą, że aby ocalić życie córki, Załuska zgodzi się   na wszystko. W starej torpedowni w Gdyni nurek znajduje zwłoki kobiety. Jeszcze zanim badanie DNA potwierdzi tożsamość ofiary, komendant Robert Duchnowski rozpoznaje ciało…” … Ale to naprawdę nic, co dla Państwa zaplanowałam. Życzę zarwanych nocy i wypieków na twarzy w komunikacji miejskiej oraz przegapionych przystanków – będę tym zaszczycona:)

Zdjęcie pochodzi z archiwum Czyt-NIKa. Wykonano podczas
spotkania na Warszawskich Targach Książki – 19.05.2018

Pani Katarzyno dziękuję bardzo za poświęcony czas oraz ciekawą i wnikliwą rozmowę. Życzę dalszych sukcesów literackich oraz wszystkiego co najlepsze w życiu prywatnych.

Dodaj komentarz