Wywiady

3 Szoty z Wojciechem Kulawskim

…Jeśli chodzi o proces tworzenia, to lubię mieć sensowny zaczyn, czyli pomysł, który mogę rozbudowywać. Z tego powodu często sięgam po swoje stare opowiadania, które wiem, że są dobre, bo zebrały pozytywny feedback, a jednocześnie są na tyle plastyczne, że można je rozwinąć. Najgorsze, co można zrobić, to usiąść do pisania bez głównego konceptu, bo jeśli ciasto będzie źle wyrobione, to potem bardzo trudno upiec z niego smaczny placek. Tak było również z Cieniami w mroku, napisałem opowiadanie Tajemnica starego domu, które wiedziałem, że ma potencjał twórczy. Któregoś dnia przyszła po prostu jego kolej, usiadłem i napisałem Rzeźbiarza kości. Historia rozrosła mi się jednak tak bardzo, że nie postało nic innego jak pociągnąć ją dalej…

Czyt-NIK: „Pas Szahida” to zdecydowanie finał godny mistrzów oraz dzieło porównywane do twórczości Hitchcocka. Jakie decyzje twórcze były dla Pana kluczowe przy konstruowaniu napięcia w ostatniej części trylogii „Cienie w mroku”?

Wojciech Kulawski: Najważniejszym elementem było domknięcie wątków rozpoczętych w „Rzeźbiarzu kości” i „Projekcie 1002”. Oczywiście wiedziałem dokąd historia trzeciego tomu ma doprowadzić, więc nie mogłem również zapominać o całej opowieści. Ważny był również zamysł, który postawiłem sobie wobec tej serii. Chodzi o to, aby każda następna książka uzupełniała luki fabularne poprzedniej. W „Pasie szahida” poznajemy zatem historię głównego antagonisty Natana Tomaki, zaglądamy w jego dzieciństwo i śledzimy przemiany ustrojowe, jakie zachodziły w Polsce po upadku systemu komunistycznego, aż docieramy do współczesności. Mam nadzieję, że wyszła z tego po prostu atrakcyjna opowieść, bo jest w niej wszystko co lubię, czyli tajemnica, akcja, sensacja, suspens. Jak u Hitchcocka 😉.

Czyt-NIK: Mateusz Dafner, Tomek Wetliński i Nadia Ukwiał – nie mają w Pana książkach chwili wytchnienia. Jak przebiegała Pana praca nad ich psychologią i relacjami na przestrzeni trzech tomów? Czy wiedział Pan z góry, jacy są i co ich będzie łączyć, czy też wszystko budowało się w trakcie pisania? 

Wojciech Kulawski: Duet Tomka Wetlińskiego i Mateusza Dafnera wymyśliłem na samym początku. Para jest w literaturze dość klasycznym zabiegiem, bo samotny bohater ma najnormalniej w świecie mniejsze pole do popisu. Co ważne ci panowie idealnie się uzupełniają zarówno charakterologicznie, jak i intelektualnie, co oczywiście zostało skrzętnie wykorzystane na kartach powieści. Chciałem również, aby od początku łączyła ich przyjaźń oparta na zaufaniu. Ponieważ wokół nich dzieje się wiele złych rzeczy, to przynajmniej ich relacja miała być bezpieczną przystanią, do której mogliby wpływać, aby stawić czoła przeciwnościom losu. Pozostałych bohaterów wymyślałem wraz z rozwojem fabuły. Nadia Ukwiał pojawiła się w momencie, kiedy była mi potrzebna. Oczywiście lubię prawdziwych, skomplikowanych i życiowych bohaterów, dlatego musiałem dać jej przeszłość, wady, zalety i relacje z innymi, które nota bene grają w serii dość istotną rolę.

Czyt-NIK: „Pas Szahida”, a w zasadzie cały cykl „Cienie w mroku” to koronkowa robota, fabuła utkana została niezwykle precyzyjnie. Jak wygląd Pana proces tworzenia: od pierwszego pomysłu do ukończonej historii? Czy początkowo coś miało zdarzyć się  inaczej, niż ostatecznie zostało to zaprezentowane? I czy pojawiły się momenty, które wymagały od Pana szczególnej twórczej odwagi lub przełamania schematów?

Wojciech Kulawski: Faktycznie utkanie tak misternej fabuły zajęło mi najwięcej czasu. Strasznie trzeba było główkować, aby wszystko sensownie uzasadnić, choć zdaję sobie sprawę, że czasem balansuję na granicy nieprawdopodobieństwa. Mam jednak do tego prawo, jakby nie było to literatura sensacyjna 😉. Dodatkowo w procesie redakcji sporo elementów wymagało dopracowania, musieliśmy dopisać jeden nowy rozdział, kilka zostało prawie przepisanych od nowa. Generalnie powstała trzytomowa seria, z której jestem naprawdę zadowolony. I mam nadzieję, że za trzydzieści lat (jak dożyję) dalej będę z niej dumny.

Jeśli chodzi o proces tworzenia, to lubię mieć sensowny zaczyn, czyli pomysł, który mogę rozbudowywać. Z tego powodu często sięgam po swoje stare opowiadania, które wiem, że są dobre, bo zebrały pozytywny feedback, a jednocześnie są na tyle plastyczne, że można je rozwinąć. Najgorsze, co można zrobić, to usiąść do pisania bez głównego konceptu, bo jeśli ciasto będzie źle wyrobione, to potem bardzo trudno upiec z niego smaczny placek. Tak było również z Cieniami w mroku, napisałem opowiadanie Tajemnica starego domu, które wiedziałem, że ma potencjał twórczy. Któregoś dnia przyszła po prostu jego kolej, usiadłem i napisałem Rzeźbiarza kości. Historia rozrosła mi się jednak tak bardzo, że nie postało nic innego jak pociągnąć ją dalej. 

Czy było coś zaplanowane, a wyszło inaczej? Owszem było. Nie mogę jednak zdradzić co, bo bym ograbił pewien wątek z całego napięcia. Powiem jedynie, że zmiana ta poprzedzona była długimi dyskusjami z moim dwiema redaktorkami. Ja miałem swoje argumenty, one swoje. A, jak to bywa często… kobiet nie przegadasz. Musiałem się ugiąć. 😉 Żartuję oczywiście, bo nasza współpraca przebiegała świetnie i po prostu zrozumiałem ich argumenty. Trochę się namęczyliśmy, żeby wyszło dobrze, ale się udało.

Co do problematycznych wątków, to faktycznie był taki jeden, a wiązał się z Jaworznem i obozem dwóch reżimów opisanym w „Rzeźbiarzu kości”. Zdawałem sobie sprawę, że opieranie fabuły na historii obozu w Jaworznie po 1945 roku może budzić kontrowersje. Doszedłem jednak do wniosku, że przecież taką a nie inną mieliśmy historię i nie zawsze była ona piękna i chwalebna. O takiej historii też należy pisać. Trzeba jednak pamiętać, aby być precyzyjnym jak chirurgiczny skalpel, aby złym sformułowaniem nie zakłamać prawdziwych wydarzeń. Jak dotychczas nie miałem w związku z tym wątkiem żadnych negatywnych opinii i komentarzy, a wręcz przeciwnie kilka osób powiedziało, że dzięki lekturze dowiedziało się więcej o tamtych traumatycznych powojennych latach i zaczęło studiować historię obozu w Jaworznie.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…