Wywiady

3 Szoty z Sonia Kartą i Piotrem T. Dudkiem

…Miłość do fantastyki była naszym pierwszym spoiwem. Ale nie najważniejszym…

Czyt-NIK: „Za kamień i za ciemność” to Państwa pierwsza wspólna książka. Czy trudniej jest pisać książkę we dwoje? Czy wymagało to od Państwa wielu kompromisów, a może pomagało w kreowaniu świata fantasy?

Sonia Korta: Dla mnie to było ciekawe doświadczenie, chociaż uczciwie muszę przyznać, że nie mam porównania z samodzielną pracą nad książką, gdyż „Za kamień i za ciemność” to mój debiut. Każdy grupowy projekt wymaga kompromisów, a pisanie nie jest tu wyjątkiem. Wydaje mi się jednak, że pracując nad książką wspólnie jest dużo łatwiej niż w pojedynkę: można na bieżąco konsultować problemy, robić burze mózgów i przy okazji od razu redagować gotowe fragmenty.

Piotr T. Dudek: Aż chciałoby się powiedzieć, że w moim wypadku również ciężko mówić o uczciwym porównaniu między wspólną a samodzielną pracą pisarską, tak jak trudno porównywać „Kota Czarownicy”, liczącą siedemdziesiąt dwie strony książeczkę dla dzieci, którą napisałem w mniej niż miesiąc, z monumentalnymi „Kamykami”, nad którymi praca trwała lata. I z pewnością miną kolejne, nim ukończymy cały cykl. Niemniej gdzieś tam na boku piszę własne teksty, Sonia również, więc o pewne wnioski można by się pokusić. Najważniejszy jest taki, że jako osoba z bardzo silną wolą i nieuleczalnym perfekcjonizmem, potrzebuję swoistego nadzoru. Dlatego fakt, że mam u boku Sonię, utalentowaną pisarkę i świetną redaktorkę – która ma na mnie wpływ na tyle duży, że kiedy mówi: tnij!, to (zazwyczaj) tnę bez marudzenia – jest dla mnie błogosławieństwem. Kolejną ważną kwestią jest to, że uniwersum, w którym dzieje się akcja „Za kamień i za ciemność”, to w całości świat Soni, do którego ja dołączyłem, kiedy w zasadzie książka była już na ukończeniu, i to jako nieoficjalny redaktor, a nie współautor. Tak bardzo wsiąkłem jednak w ten tekst; w ten świat, historię i bohaterów, że zanim się obejrzałem, dopisałem co najmniej czwartą część powieści i przerobiłem niektóre z tych już istniejących, by dopasować całość do kilku rozwiązań fabularnych, które – jeśli wierzyć czytelnikom – w ostatecznym rezultacie sprawdziły się bardziej niż dobrze. Piszę o tym jednak nie po to, by się chwalić, ale po to, by należycie wybrzmiało, jak rewelacyjnie zgrywamy się i uzupełniamy z Sonią, zarówno w życiu codziennym, jak i twórczym. I to, oczywiście, ma spory wpływ zarówno na jakość naszej pracy, jak i radochę z niej płynącą.

Czyt-NIK: Świat literatury nie jest jedynym Państwa wspólnym mianownikiem. Ale czy to miłość do fantasy połączyła Wasze serca?

Sonia Korta: Od tego się zaczęło. Poznaliśmy się na forum literackim i miłość do fantastyki była naszym pierwszym spoiwem.

Piotr T. Dudek: Dokładnie. Miłość do fantastyki była naszym pierwszym spoiwem. Ale nie najważniejszym. W końcu zarówno na tym konkretnym forum, jak i na wielu innych mu podobnych, entuzjastów fantastyki, i literatury w ogóle, jest więcej niźli orków w armii Saurona, a jednak to właśnie z Sonią jestem w związku już ponad osiem lat i dorobiliśmy się nie tylko wspólnej książki, ale i kota. A wspólny kot to bardzo poważna sprawa. Tak więc, o ile miłość do fantastyki była w naszym wypadku jak nóż i krzesiwo, to jednak iskrą okazała się (mam nadzieję) wzajemna fascynacja twórczością własną. W każdym razie jeśli o mnie chodzi, to na długo przed tym, nim w ogóle poznałem Sonię i miałem okazję się w niej zakochać, byłem już zakochany w jej opowiadaniach.

Czyt-NIK: „Za kamień i za ciemność” to fantasy z górnej półki. To epickie fantasy, które otwiera przed autorami drzwi do serc miłośników gatunku. To dark fantasy podane w mistrzowskim stylu. Ciekaw jestem, kto dla Państwa jest mistrzem gatunku?

Sonia Korta: Kocham G. R. R. Martina za jego mistrzowsko rozbudowany świat z „Pieśni lodu i ognia”, która dla mnie jest najwyższym osiągnięciem „klasycznego” fantasy.  Wśród ulubionych autorów fantastyki muszę wymienić także Scotta Lyncha za jego genialną łotrzykowską serię „Niecni dżentelmeni”, Roberta M. Wegnera („Opowieści z meekhańskiego pogranicza”, prawdopodobnie najlepsze fantasy na polskim poletku), Leigh Bardugo za znakomite żonglowanie perspektywami, Neila Gaimana za pokręconą wyobraźnię… Długo by wymieniać.

Piotr T. Dudek: Nie mnie oceniać, czy zasłużyliśmy na ten „mistrzowski styl”, ale dziękuję. W sporej części moja lista pokrywa się z listą Soni – Martin, Wegner, Lynch – ale takiego Gaimana bardziej niż entuzjastycznie wymienię na Pratchetta, a Bardugo, choć lubię, na Susannę Clarke. Do tego oczywiście Tolkien, bo w zasadzie to nie kto inny, a sam „Władca Pierścieni” ukierunkował i ugruntował mój gust literacki, i Dickens, który może nie jest jakoś szczególnie mocno powiązany z fantastyką, ale wciąż pozostaje jednym z najlepszych pisarzy, których działa miałem przyjemność czytać. Ostatnio do czołówki dołączyli też Michael J. Sullivan i Christopher Buehlman.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…