Wywiady

3 Szoty z Radosławem Rutkowskim

…W przypadku tej powieści grupowanie czytelników mija się z celem, bo każdy z nas ma w sobie zakamarki, do których nie zagląda, lub, co gorsza, do których zagląda, ale tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że to bardzo kiepski pomysł. Każdy z nas stoi pod swoją latarnią i rzuca cień, którego czasem się boi. Dla kogo jest zatem ta książka? Dla każdego, kto pewny jest tylko jednego – że w życiu nic nie jest pewne…

Czyt-NIK: „Za horyzontem zdarzeń” to głęboka, refleksyjna powieść, która daje ukojenie w natłoku myśli. To historia, która znajduje miejsce w naszej emocjonalnej naturze. To zdecydowanie tytuł, który na zawsze zapisuje się w czytelniczej pamięci. Co jeszcze zyskuje czytelnik, który sięgnie po Pana najnowszą książkę?

Radosław Rutkowski: Mam nadzieję, że czytelnik znajdzie też odrobinę przyjemności, bo czytanie bez przyjemności to jak oglądanie horroru o poranku. Można, tylko po co? Życzyłbym sobie także, by każdy, kto sięgnie po „Za horyzontem zdarzeń”, znalazł odrobinę niepewności i zdrowego zwątpienia w to, co uznaje za pewnik. Bo przecież to właśnie chwile, w których nasze przekonania zaczynają się lekko chwiać, otwierają przestrzeń na nowe spojrzenie, świeże idee i bardziej autentyczne doświadczenie świata. Zwątpienie nie musi być zagrożeniem, może być sygnałem, że umysł pozostaje żywy, zdolny do refleksji i wolny od skostniałych przekonań. Może stać się impulsem do odkrywania.

Czyt-NIK: „Za horyzontem zdarzeń” to zdecydowanie książka, którą należy dawkować. To historia z przesłaniem, pewnego rodzaju drogowskazem, który pomoże nakierować nasze życie na właściwe tory. Czytelnik, który sięgnie po Pana książkę może otworzyć oczy na sprawy, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Proszę zdradzić, co sprawiło, że postanowił Pan ukazać nam historię Marcina?

Radosław Rutkowski: Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Jak zwykle, na czym popadnie notowałem pomniejsze pomysły na drobne motywy, bez wyraźnej myśli przewodniej, aż tu pewnego dnia coś we mnie gruchnęło – taka czysto ludzka nieumiejętność rozeznania się we własnym życiu. Każdy z nas zna to uczucie: stoimy na rozdrożu, każda ścieżka wydaje się być właściwa, a my zamiast mapy mamy tylko przetarty paragon nie wiadomo za co i paczkę wymiętych chusteczek. Mówimy sobie: no pięknie, i co teraz? Okej, w dzisiejszych czasach sięgnęlibyśmy po telefon, ale mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli. Chciałem też pokazać, że smutek potrafi się śmiać w głos i może być w tym szalenie przekonujący. Nie dajmy się temu szczwanemu lisowi, bo gdy zagrzeje miejsce w naszych głowach, potrafi je przetrzebić jak niestrzeżony kurnik. Czy jest to powieść ku przestrodze? Nie do końca. „Za horyzontem zdarzeń” to powieść ku refleksji i wolności. Pokazuje, że czasem warto, a nawet trzeba zaryzykować, ale trzeba się liczyć z konsekwencjami.  

Czyt-NIK: Są książki, które czytamy dla relaksu. Dla zabicia czasu. Dla odpoczynku. Dla regeneracji. Są książki, których czytanie otwiera oczy, umysły, serca. Wlewa do naszej świadomości życiowe mądrości, z których warto czerpać. Zdecydowanie taką książką jest „Za horyzontem zdarzeń”. Do jakiej grupy czytelników kieruje Pan tę ksiażkę? Czy wogóle jest sens „grupowania” czytelników?

Radoław Rutkowski: W przypadku tej powieści grupowanie czytelników mija się z celem, bo każdy z nas ma w sobie zakamarki, do których nie zagląda, lub, co gorsza, do których zagląda, ale tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że to bardzo kiepski pomysł. Każdy z nas stoi pod swoją latarnią i rzuca cień, którego czasem się boi. Dla kogo jest zatem ta książka? Dla każdego, kto pewny jest tylko jednego – że w życiu nic nie jest pewne. Jest to książka także dla tych, którzy lubią się czasem zgubić, bo zgubienie bywa ciekawsze niż odnajdywanie drogi. A jeśli ktoś twierdzi, że doskonale wie, dokąd zmierza – kto wie, być może książka ta jest przede wszystkim dla niego?

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…