Wywiady

3 Szoty z Maciejem Zakliczyńskim

…Nie planowałem tworzyć „powieści z przesłaniem”. Chciałem opowiedzieć historię mężczyzny, który w pewnym momencie własnego życia staje w miejscu — i dopiero to unieruchomienie pozwala mu zobaczyć wszystko, od czego uciekał. Jeśli dziś ktoś mówi, że Bezruch go zatrzymał, otworzył, ukłuł — to dlatego, że Adam musiał przejść przez ciemność, którą wielu ludzi rozpoznaje jako własną. Czy chciałem, żeby książka działała na czytelników? Oczywiście. Ale nie w sposób dydaktyczny. Raczej tak, jak działa czyjaś spowiedź: nagle czujesz, że nic, co w tobie trudne, nie jest nienazwane…

Czyt-NIK: W „Bezruchu” pokazuje Pan związek Adama i Kacpra jako relację naznaczoną milczeniem, niewypowiedzianym bólem i „rysą na szkle”. Co było dla Pana najważniejszym impulsem do stworzenia tak intymnego, a jednocześnie uniwersalnego obrazu relacji?

Maciej Zakliczyński: Zależało mi na pokazaniu relacji, która nie rozpada się od wielkich dramatów, tylko od tego, co zwykle bagatelizujemy — drobnych pęknięć, odkładanych rozmów, lęków, których nie wypowiadamy, bo boimy się utraty. Chciałem, żeby Adam i Kacper byli blisko w taki sposób, który jest nam wszystkim znany: że kochamy, ale jednocześnie uciekamy. Że chcemy się odsłonić, ale trzymamy gardę. Impulsem była obserwacja, jak często w związkach maskujemy bezradność siłą, a czułość — ironią. Uznałem, że prawdziwą intymność najlepiej widać właśnie w momentach, w których zabrakło słów.

Czyt-NIK: Lektura książki „Bezruch” jest głęboką, egzystencjalną podróżą do świadomości. Czy podczas pisania miał Pan konkretne pytania o człowieka lub o naturę relacji, na które chciał Pan odpowiedzieć — czy raczej pozwolił Pan, by to historia Adama sama prowadziła Pana w głąb tych tematów?

Maciej Zakliczyński: Zacząłem z kilkoma pytaniami, które od lat we mnie pracowały: co robimy z bólem, którego nie potrafimy nazwać? Jak wygląda miłość, kiedy przestaje być oczywista? Jak samotność potrafi udawać siłę? Ale im dalej pisałem, tym bardziej to Adam ciągnął mnie za rękę. Kiedy oddałem mu głos, historia zaczęła otwierać przestrzenie, o których wcześniej nie myślałem: żałobę, wstyd, zazdrość, granicę między troską a kontrolą. Tak naprawdę nie pisałem po to, żeby znaleźć odpowiedzi, tylko żeby usłyszeć pytania, które każdy z nas nosi, ale których często nie umiemy sformułować.

Czyt-NIK: „Bezruch” to powieść, która „otwiera oczy” i zachęca do refleksji nad własnym życiem. Czy miał Pan na początku pisania konkretną wizję tego, jak ta historia ma oddziaływać na czytelnika, czy efekt ten pojawił się dopiero wraz z rozwojem historii?

Maciej Zakliczyński: Nie planowałem tworzyć „powieści z przesłaniem”. Chciałem opowiedzieć historię mężczyzny, który w pewnym momencie własnego życia staje w miejscu — i dopiero to unieruchomienie pozwala mu zobaczyć wszystko, od czego uciekał. Jeśli dziś ktoś mówi, że Bezruch go zatrzymał, otworzył, ukłuł — to dlatego, że Adam musiał przejść przez ciemność, którą wielu ludzi rozpoznaje jako własną. Czy chciałem, żeby książka działała na czytelników? Oczywiście. Ale nie w sposób dydaktyczny. Raczej tak, jak działa czyjaś spowiedź: nagle czujesz, że nic, co w tobie trudne, nie jest nienazwane. I to często wystarcza, żeby zrobić pierwszy krok po latach bezruchu.

Fot. Bogdan Jabłoński

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…