Wywiady

3 Szoty z Anetą Wybieralską i Jankiem Sanockim

…Oboje z Jankiem zdajemy sobie sprawę, że dotykanie niektórych tematów oraz osób związanych mniej lub bardziej z opisywanymi zdarzeniami może wywołać oburzenie, niesmak, nawet skutkować hejtem skierowanym w naszą stronę. Już bowiem spotkaliśmy się z opinią, że ta książka jest „kontrowersyjna”, a o niektórych sprawach w ogóle nie powinniśmy pisać. Jesteśmy przygotowani na krytykę, stawimy czoło adwersarzom, także jako emerytowani oficerowie polskich formacji mundurowych…

Czyt-NIK: „Misja kryptonim Yugo. Na linii konfrontacyjnej” to książka niezwykła. To wyjątkowe i mocne wspomnienia człowieka prosto z linii frontu. Człowieka, który stanął oko w oko z wojenną rzeczywistością, spoglądając jej prosto w twarz. Skąd zrodził się pomysł na napisanie tej książki? Takiej książki!

Aneta Wybieralska: Panie Redaktorze, dziękuję za komplement. Miło mi, że tak wysoko ocenia Pan naszą pracę. Rzeczywiście to jest książka niezwykła, a to z kilku względów. Jednym z nich jest moja znajomość, teraz już – przyjaźń z Jankiem.

Pomysł? Mój był. Sama jestem autorką kilku powieści opartych na faktach i na moich wspomnieniach. Także dziennikarską tzw. freelancerką. (Tak nazwał mnie nieodżałowany red. Bogdan Miś). Pracowałam dla kilku pism, w tym niewielkiego biuletynu resortowego. Jeden z moich resortowych znajomych poprosił, bym pochyliła się nad opowiadaniami jego kolegi ze ZMECH-u (Janka właśnie), dotyczącymi spisanych wspomnień z pobytu na pokojowej misji w byłej Jugosławii. Nie było tego za wiele, ale treść i przesłanie tych kilku poruszyły mnie do głębi. Tam była okrutna prawda, rozterki, pytania, gorycz, smutek. Wszystko, co potrzebne jest do napisania dobrego reportażu lub felietonu.

Za pośrednictwem wspomnianego znajomego, (Zbyszku, dziękuję), nawiązałam kontakt z Jankiem, nieco podredagowałam jego teksty, po czym „puściłam” drukiem w OBI (Olsztyńskim Biuletynie Informacyjnym). Wywarły spore wrażenie na czytających to pismo emerytowanych policjantach z całej Polski, też otrzymały kilka przychylnych komentarzy.

Rok później udało mi się namówić Janka na dalsze wspomnieniowe zwierzenia, także te mogące budzić spore kontrowersje. Uprzednio przespałam się z tematem, okrzepłam w moim postanowieniu i refleksji. Jak widać, udało się nam stworzyć wspaniałą, poruszającą książkę.

Wyznam Panu i Państwu, że samo namawianie Janka Sanockiego na napisanie książki było dla mnie swoistą orką na ugorze, praca nad nią natomiast, zwłaszcza współpraca z Jankiem – czystą radością, nie tylko stricte twórczą. Cudnie jest bowiem pracować z Człowiekiem o tak sympatycznej i otwartej osobowości, zarazem skromnym, empatycznym i naprawdę wielkiego serca.

***

Janek Sanocki: Pierwsze pięć rozdziałów wspomnień napisałem wiele lat temu z myślą o moim synu. Chciałem, aby on wiedział, co robiłem wtedy, kiedy on jako dziecko czekał na mnie w domu tęskniąc za ojcem służącym pokojowi na wojnie. Te wspomnienia przekazałem mu dopiero, gdy był dorosły. Nie komentował wiele. Polubił rozdział „Lejtnant Wania”, a szczególnie jego bohatera. Myślę, że mój stosunek do Rosjanina spowodował, iż syna nie dotknęła wszechobecna rusofobia. Do dziś dostrzega wśród Rosjan również normalnych ludzi, bliskich nam kulturowo Europejczyków, a nie tylko wrogów, bandytów i łupieżców.

Nie miałem zamiaru dopisywania dalszych rozdziałów, choć syn namawiał mnie na wydanie książki. Nie wiedział, że nie wszystko jest do opublikowania. Ta książka miała nigdy nie powstać. Kiedy poznałem Anetę, która miała już niemały dorobek literacki, to ona przekonała mnie do kontynuacji pisania wspomnień i wydania drukiem, obiecując wszelką pomoc redakcyjną i szerokie wsparcie. Przełamała moje bariery, dzielnie pracowała nad tekstem wraz ze mną. (Anetko, gdyby nie Ty, tej książki by nie było!).

I choć potem powstało jeszcze sześć rozdziałów, nie zdecydowaliśmy się na opublikowanie jednego z nich, zatytułowanego „Żałosne patrole”. Część epizodów znalazła się w innych rozdziałach, ale większość pozostanie tylko w mojej pamięci. Rozdział miał dotyczyć mozolnej wykonywanej podczas codziennych patroli pracy „w służbie pokoju”. Niech tytuł rozdziału mówi za siebie, bo mówi dużo …   

***

Czyt-NIK: Pierwszoosobowa narracja, zastosowana w książce „Misja kryptonim Yugo. Na linii konfrontacyjnej” sprawia, że nie tylko jesteśmy świadkami wojny domowej w Jugosławii. Czytając tę książkę odnosi się wrażenie, że jesteśmy jej „uczestnikami”, że jesteśmy w epicentrum wydarzeń, które prawie trzy dekady temu sprawiły, że świat wstrzymał oddech. Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę i poznać prawdziwe oblicze wojny domowej w Jugosławii?

Aneta Wybieralska: Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę? Z kilku ważkich powodów.

Primo,

Przede wszystkim, warto czytać, poznawać świat i ludzi, poszerzać swoją wiedzę i horyzonty. Onegdaj przeczytałam mądrą sentencję, (nie wiem, czyją), że książka jest drogą do innych światów, do innych żyć i innych umysłów. Jak twierdziła Szymborska, „Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła”. W przypadku literatury faktu, do jakiej niewątpliwie aplikuje nasza „Misja kryptonim Yugo”, bynajmniej nie chodzi o zabawę jako taką, a o naukę i wiedzę historyczną. O emocje, o szczerość wobec siebie i Czytelnika. Odniósł Pan zatem prawidłowe wrażenie.

Secundo,

Naszą intencją jest, by każdy Czytelnik spojrzał na konflikt wojenny oczami jego uczestnika, także wczuł się, (w pewnym aksjologicznym sensie), w rolę ofiary tej bratobójczej wojny. (I innych). Tu mamy do czynienia z naocznym świadkiem historii najnowszej. Bo każdy z nas tworzy takową, nolens volens. Proszę pamiętać, że motywem przewodnim tej książki jest mądra myśl Hirama Johnsona brzmiąca „Pierwszą ofiarą wojny jest prawda” („The first casualty when war comes is truth”), a zwłaszcza jej dwa kluczowe słowa: wojna i prawda. My niczego nie lukrujemy, nie zatajamy, nie zamiatamy pod dywan. Obnażamy tę okrutnie cyniczną prawdę pozostawiającą po sobie same ofiary.

Nadto mierzymy się z wieloma stereotypami, mitami, nawet z paroma narodowymi tematami tabu. Nie chcemy moralizować, udawać, że wszystko wiemy najlepiej, zgrywać bohaterów. Nie zamierzamy narzucać nikomu niczego. Zadajemy pytania, jednocześnie nie potrafiąc na nie odpowiedzieć. Interpretację opisanych faktów zostawiamy Czytającemu. Naszym pragnieniem jest, by nasi Czytelnicy myśleli podobnie, wyciągnęli podobne wnioski.

Tertio,

Oboje z Jankiem zdajemy sobie sprawę, że dotykanie niektórych tematów oraz osób związanych mniej lub bardziej z opisywanymi zdarzeniami może wywołać oburzenie, niesmak, nawet skutkować hejtem skierowanym w naszą stronę. Już bowiem spotkaliśmy się z opinią, że ta książka jest „kontrowersyjna”, a o niektórych sprawach w ogóle nie powinniśmy pisać. Jesteśmy przygotowani na krytykę, stawimy czoło adwersarzom, także jako emerytowani oficerowie polskich formacji mundurowych.

***

Janek Sanocki: Żeby, choć z grubsza poznać mechanizmy prowadzące do wybuchu wojny, jej grozę i wpływ (w jakiejkolwiek formie) na wszystkie osoby uczestniczące.

Żeby też uświadomić sobie, że już wywołaną wojnę jest niezwykle trudno zatrzymać. Prawdziwi sprawcy zawsze są ukryci, i mało dbają o ofiary konfliktu. (Jeśli w ogóle). Realizują swoje cele, posługując się coraz nowocześniejszymi narzędziami. W fazie przygotowawczej jest to ideologia, religia, polityka, a przede wszystkim – propaganda. Do osiągnięcia tych celów potrzebują swoich wyznawców, fanatyków lub zwyczajnie przekupionych lub szantażowanych polityków. W ostatecznym rachunku zwyczajni ludzie walczą, giną lub odnoszą rany fizyczne i psychiczne. Zwykli ludzie – najliczniejsze ofiary każdej wojny, najpierw poddawani są zmasowanej propagandzie wojennej, (to się dzieje obecnie!), szczuciu na rzeczywistego lub urojonego przeciwnika, początkowo zachęcani materialnie do udziału w wojnie, ale ostatecznie przymusowo wcielani do wojska i wysyłani do okopów w charakterze „mięsa armatniego”. Ich los czyni przerażającym choćby obecne masowe użycie dronów bojowych. Decydenci, w moich czasach nazywani „podżegaczami wojennymi”, mają różne motywacje. Najczęściej jest to chęć zdobycia lub poszerzenia władzy na terytorium przeciwnika oraz czerpanie zysków z zasobów materialnych i ludzkich. Tu polecam lekturę zapomnianego wiersza Juliana Tuwima pt. „Do Prostego Człowieka”.

***

Czyt-NIK: Dziś dzięki książce „Misja kryptonim Yugo. Na linii konfrontacyjnej”, możemy odkryć te wydarzenia, które były błędem rządzących w tamtych czasach. Niestety historia pokazuje, że wielcy tego świata nie wyciągają morałów z lekcji historii na której odkrywamy czarne zapisy dziejów naszej cywilizacji. Czy to się kiedyś zmieni?

Aneta Wybieralska: W tym miejscu pokuszę się o przytoczenie słów jednego z moich ulubionych myślicieli (tu: Hegla), że „Z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego nie nauczyły się z historii.”. Bo chyba właśnie ten cytat miał Pan na myśli?

Odpowiadając na Pana pytanie konkretniej, nie sądzę, by kiedykolwiek coś zmieniło się w tym względzie. W konflikty wojenne, przede wszystkim o podłożu etnicznym i religijnym, zaangażowane są niewyobrażalnie olbrzymie siły i środki. Głównie polityczne i gospodarcze. Przekonujemy się o tym codziennie. Wraca i obezwładnia świat globalny nacjonalizm, eskalują konflikty narodowościowe i etniczne. Ktoś to inspiruje i podsyca. Przeraża regularna wojna u naszych wschodnich sąsiadów. (Nadmieniam, że konotacje wojny w byłej Jugosławii z tą na Ukrainie są oczywiste).

Niestety, Polacy także nie zmądrzeli, kolejny raz dokonując wyboru demagogów i szubrawców.

Jestem, oboje jesteśmy osobami doświadczonymi i okrzepłymi w służbach mundurowych. Nasza książka przestrzega przed uleganiem narracji prowojennej, jej przesłanie jest pacyfistyczne. Czy trafi do szerszego grona Polaków? Europejczyków? Czy młody człowiek pomyśli racjonalnie, zanim zagłosuje na nazistów, narodowców albo na fundamentalistów religijnych? Ba!

***

Janek Sanocki: Myślę, że to się nie zmieni, i już zawsze będziemy popełniać takie same błędy. Nigdy bowiem nie wyciągaliśmy wniosków z historii. Wojny są niejako wpisane w dzieje ludzkości. Po każdej wojnie następował okres pokoju, odbudowy zniszczeń i relacji międzyludzkich. Wieszano hasła  „Nigdy więcej wojny” i „walczono” o pokój. Wierzono naiwnie, że ta wojna była ostatnia, i groza wojenna już się nie powtórzy. A już szczególnie po ostatniej wojnie światowej mówiono, że kolejna będzie zagładą świata.

Tak, pokolenia pamiętające wojnę chciały dożyć swoje życie w pokoju, stabilizacji i względnym dobrobycie rekompensującym okres wyrzeczeń i biedy materialnej. Ale kolejne pokolenia, te nieznające wojny, nie były zainteresowane słuchaniem tych okrutnych wspomnień rodziców i dziadków. Bawiły się w wojenkę, grały w gry wojenne, też wirtualne. W moim pokoleniu były to jakieś drewniane, kapiszonowe czy korkowe pistolety, karabiny, ale w kolejnym pokoleniu to już konsole i gry planszowe. Wirtualne strzelanki, kiedy trupy wrogów ścielą się gęsto, a grający ma „kilka żyć”.

Czyżby zatem wojny wpisane były w nasze geny? Jak powstrzymać ten mechanizm? Osobiście nie widzę sposobu uczynienia tego w żadnej formie ustroju demokratycznego. Jednocześnie nie chciałbym żyć w jakimkolwiek totalitaryzmie, który teoretycznie mógłby okiełznać podobne ludzkie słabości. Musiałby to być jakiś despotyczny rząd światowy, jakaś forma dyktatury, a to już nie moja „bajka”. Zresztą, istnieje duże prawdopodobieństwo, że na czele takiego „rządu pokoju” stanęłyby osoby żądne władzy lub fanatycy, którzy nasze życie uczyniliby nie do zniesienia. Ja wolę znaną mi z autopsji demokrację z jej ułomnościami, choć jednak żaden ustrój polityczny nie zabezpiecza przed wojną.

***

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

jeszcze chwilka…