Apokalipsa, która nie stygnie
Nie sposób nie docenić sposobu, w jaki Walkowicz konstruuje fabułę. To nie jest prosta linia od punktu A do punktu B. To mozaika wydarzeń, emocji i wyborów, które składają się na pełnokrwisty, przejmujący obraz świata po końcu świata. Każdy rozdział dokłada kolejną warstwę – napięcia, refleksji, niepokoju. I właśnie ta wielowymiarowość sprawia, że historia zostaje z czytelnikiem na długo.
Nie każda historia kończy się wraz z ostatnią kropką. Są powieści, które pochłania się szybko, odkłada na półkę i po kilku dniach trudno przypomnieć sobie imiona bohaterów. Ale zdarzają się też takie, które wwiercają się w myśli, rozpychają w emocjach i nie chcą odpuścić. Takie, które wracają echem w ciszy, wywołują niepokój i zmuszają do zadawania pytań długo po zamknięciu okładki. „Martwy świat” Filipa Walkowicza zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To opowieść, która nie znika wraz z ostatnią stroną – ona w nas zostaje, pulsuje i buzuje niczym wulkaniczna lawa, rozgrzana do czerwoności.
To moje pierwsze spotkanie z twórczością Filipa Walkowicza i jeśli to rzeczywiście debiut – to debiut w iście mistrzowskim stylu. Autor nie wchodzi na literacką scenę nieśmiało. On wchodzi z przytupem, z hukiem, jak eksplozja w świecie, który i tak już stoi w ogniu. Bo tu nie ma miejsca na półśrodki. Jest Polska 2025 roku. Jest biologiczna broń. Jest wirus, który wymyka się spod kontroli. I są ludzie – zagubieni, przerażeni, walczący nie tylko z potworami, ale i z własnym sumieniem.
Motyw apokalipsy zombie nad Wisłą? Brzmi jak coś, co mogłoby łatwo popaść w schemat. A jednak Walkowicz udowadnia, że nawet w świecie pełnym żywych trupów można opowiedzieć historię świeżą, przejmującą i boleśnie prawdziwą. To nie jest tylko opowieść o krwi i przetrwaniu. To historia o miłości, zemście i człowieczeństwie. O tym, co zostaje z nas, gdy świat, który znaliśmy, przestaje istnieć.
Główny bohater, dwudziestodwuletni Filip, nie jest herosem z plakatu. To chłopak, który stracił wszystko, co było mu drogie. Zostaje wrzucony w rzeczywistość, gdzie każdy dzień jest walką, a każda decyzja może oznaczać życie lub śmierć. I właśnie w tej zwyczajności – w jego lękach, wątpliwościach, chwilach słabości – tkwi siła tej historii. Bo łatwo pisać o bohaterach niezniszczalnych. Trudniej o takich, którzy są z krwi i kości.
Autor z ogromną kreatywnością buduje świat przedstawiony. Otoczone wojskowym kordonem miasta i wsie przypominają twierdze. Zagrożenie czai się za każdym rogiem. Atmosfera jest gęsta, momentami duszna, a napięcie nie opada nawet na chwilę. Walkowicz potrafi operować tempem – kiedy trzeba, przyspiesza akcję do granic wytrzymałości, by za moment zwolnić i pozwolić czytelnikowi złapać oddech. Tyle że ten oddech i tak jest płytki, bo wiadomo, że spokój jest tylko chwilowy.
Styl? Naturalny, obrazowy, momentami brutalny, ale nigdy przesadzony. Narracja wciąga, nie sili się na zbędne ozdobniki, a jednocześnie potrafi uderzyć w czułe struny. W tej historii nie chodzi tylko o to, kto przetrwa. Chodzi o to, kim się staniemy, próbując przetrwać. I to pytanie wybrzmiewa tu najmocniej.
W „Martwym świecie” człowiek przestaje być najgroźniejszym drapieżnikiem – przynajmniej teoretycznie. Bo im dalej w las, tym bardziej widać, że potwory nie zawsze mają martwe oczy i rozkładające się ciała. Czasem noszą mundury. Czasem mają dobre intencje. Czasem są po prostu zdesperowani. Autor świetnie pokazuje, że granica między dobrem a złem w sytuacji ekstremalnej zaczyna się zacierać.
Nie sposób nie docenić sposobu, w jaki Walkowicz konstruuje fabułę. To nie jest prosta linia od punktu A do punktu B. To mozaika wydarzeń, emocji i wyborów, które składają się na pełnokrwisty, przejmujący obraz świata po końcu świata. Każdy rozdział dokłada kolejną warstwę – napięcia, refleksji, niepokoju. I właśnie ta wielowymiarowość sprawia, że historia zostaje z czytelnikiem na długo.
Czy „Martwy świat” to tylko książka dla fanów zombie? Absolutnie nie. To powieść dla tych, którzy szukają w literaturze emocji. Dla tych, którzy chcą poczuć dreszcz, ale też zatrzymać się na chwilę i pomyśleć. Dla tych, którzy wierzą, że nawet w najbardziej martwym świecie może tlić się iskra człowieczeństwa. Po zamknięciu tej książki długo siedziałem w ciszy. Z jednej strony z poczuciem satysfakcji, z drugiej – z niepokojem, który trudno było zagłuszyć. Bo „Martwy świat⁹” nie daje prostych odpowiedzi. Zadaje pytania. I zostawia nas z nimi.
Dla mnie ta powieść bez wahania trafia na zaszczytną półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Za odwagę. Za świeżość. Za styl, narrację i sposób budowania historii, które zasługują na szczere uznanie. Jeśli tak wygląda początek literackiej drogi Filipa Walkowicza, to ja już z ciekawością czekam na to, co będzie dalej. Bo ten debiut pokazuje jedno: w literaturze pojawił się głos, którego nie sposób zignorować.
Książka pt. „Martwy świat” ukazała się nakładem Wydawnictwa Fala