3 szoty z Piotrem S. Wiśniewskim
…Do liceum poszedłem do Krosna, gdzie na kierunku renowator zabytków architektury miałem okazję poznać nie tylko przyrodę tego rejonu, ale i budownictwo, głównie zabytkowe. W trakcie nauki odkryłem, że mnóstwo informacji można uzyskać na cmentarzach i w księgach parafialnych. Na tym też skupiłem swoją pracę dyplomową. Gdy później zacząłem pisać, to w naturalny sposób moja uwaga skupiła się na tym rejonie kraju. Byłem świadkiem reakcji ludzi na różne zdarzenia, wiarę i obyczaje…
Czyt-NIK: „Zbieszczadzeni” to zaproszenie do podróży w najciekawsze zakamarki naszej wyobraźni. To obcowanie z naturą, która pociąga swą magią. Mroczna atmosfera wyzierająca się z każdej strony tej książki wżera się do naszej pamięci, do naszej psychiki, do naszego czytelniczego serca z maksymalną mocą. Proszę zdradzić czytelnikom, jaka magia zapisana jest na kartach Pana książki i dlaczego warto ją odkryć?
Piotr S. Wiśniewski: „Zbieszczadzeni” to książka, która jest moją reakcją na panującą w Bieszczadach aurę. Gdy człowiek nią nasiąknie, to zmienia się jego nastawienie do rzeczy niematerialnych, takich jak magia. Tam abstrakcja jest rzeczywistością, a duchy i upiory – mieszkańcami. Chciałem oddać tę atmosferę, ale przy okazji nie zanudzić ciągłymi zachwytami i dlatego z prawdziwych ludzi i lokalnych legend uformowałem fikcyjną treść. Chociaż po napisaniu tych opowiadań już nie jestem pewny, ile w tym wszystkim było fikcji. Przez lata wędrówek po tym rejonie poznałem wielu ludzi, pukałem do wielu domów i słuchałem wielu opowieści. To uformowało we mnie obraz tych ziem. Puste przestrzenie swą ciszą przypominają o historii tych okolic, o cierpieniach i zaginionych światach. Już to samo w sobie jest magiczne, bo gdy możemy słuchać tylko przyrody, której nie zakłóca cywilizacyjny hałas, to możemy usłyszeć wiele ciekawych rzeczy. Okazuje się, że drzewa mają wiele do powiedzenia, zwierzęta i sama ziemia – również. Trzeba tylko nauczyć się ich słuchać.
Czyt-NIK: Na kartach książki „Zbieszczadzeni” zabiera nas Pan w Bieszczady. Miejsce magiczne. Miejsce pociągające. Miejsce, do którego warto choć raz przyjechać. Skąd pomysł, aby w swej twórczości skupić się na tym rejonie naszego kraju?
Piotr S. Wiśniewski: Urodziłem się w Rzeszowie i – jak wielu mieszkańców tego miasta – od najmłodszych lat jeździłem w Bieszczady. Początkowo na kolonie letnie i zimowiska – głównie do Rzepedzi, a później, gdy już mogłem sam podróżować, zapuszczałem się w inne rejony. Uczestniczyłem też w rajdach i jak tylko była okazja, pakowałem plecak i ruszałem w Bieszczady. Do liceum poszedłem do Krosna, gdzie na kierunku renowator zabytków architektury miałem okazję poznać nie tylko przyrodę tego rejonu, ale i budownictwo, głównie zabytkowe. W trakcie nauki odkryłem, że mnóstwo informacji można uzyskać na cmentarzach i w księgach parafialnych. Na tym też skupiłem swoją pracę dyplomową. Gdy później zacząłem pisać, to w naturalny sposób moja uwaga skupiła się na tym rejonie kraju. Byłem świadkiem reakcji ludzi na różne zdarzenia, wiarę i obyczaje. Charakterystyczna jest też mowa i określenia różnych przedmiotów. Ponadto co rusz ktoś dorzucał w wypowiedzi jakiegoś upiora. Popularne było powiedzenie „Pek z tobą” co jest niezbyt grzeczne, zważywszy, że Pek to jeden z najgroźniejszych diabłów. Gdy nagle zmieniała się pogoda, to starsi narzekali na Płanetnika, czyli takiego ducha od deszczu, wiatru itp. Pamiętam jeszcze Pomany; tak miejscowi określali czynnik ogłupiający człowieka. Kiedy ktoś się zgubił albo coś źle zrozumiał, to mówili: „Pomana jakaś, czy co?”. Obcując z tym wszystkim, nie mogłem być obojętny i jakby naturalnym było dla mnie osadzenie historii w tym miejscu.
Czyt-NIK: „Zbieszczadzeni” to siedem wyjątkowych opowiadań, które nie pozwolą nam się nudzić. Opowiadań, w które wczytujemy się z magnetyczną siłą, skupieniem, zaciekawieniem. Proszę zdradzić, czy wśród nich jest jakieś opowiadanie szczególnie bliskie Pana sercu? Czy może każde ma tę samą magnetyczną moc przyciągania?
Piotr S. Wiśniewski: Każde z tych opowiadań zawiera jakąś część szczególnie mi bliską, ale ponieważ jestem architektem, najbliżej mi do opowiadania „Kefas”. W nim łączą się dwa wątki, które są dla mnie szczególne, to znaczy praca przy zabytkach i echa pierwszej wojny światowej, zwanej wtedy Wielką Wojną. Wydarzenia z końca II wojny i po jej zakończeniu, czyli walki z UPA, akcja „Wisła” przysłaniają historycznie wcześniejsze zdarzenia z jesieni i zimy 1914 roku, aż do wiosny 1915 r., gdy trwały zacięte walki w Bieszczadach. Zginęło wtedy prawie pół miliona żołnierzy i wiele tysięcy cywilów. Szczególnie krwawe walki toczyły się w rejonie góry Chryszczatej, gdzie artylerie obu stron metodycznie „mieliły” nieszczęśników znajdujących się w okopach po przeciwnych stronach. Ludzie umierali z głodu, chorób i zimna, bo przełom 1914 i 1915 roku był wyjątkowo mroźny. W echa tych wydarzeń oraz pracy, która faktycznie się odbyła, wpisałem historię młodego architekta, który to skierowanie traktuje początkowo jako zesłanie. Później zmienia zdanie i odkrywa świat Bieszczad, ich magię i wyjątkowość mieszkańców. Zdradzę też, że nazwisko bohatera nawiązuje też do mnie. Ale pozostawię to jako zagadkę do rozwiązania. Spokojnie, nie jest trudna.